Transarctica - wyprawy polarne


Baffin Island – 2005

Na eskimoskim szlaku

Kiedy w połowie marca wsiadałem do samolotu, którym z Okęcia leciałem do Toronto, Polska żegnała mnie piękną słoneczną pogodą.

W powietrzu czuło się wiosnę, a temperatura powietrza przypominała o potrzebie rychłego wyciągnięcia z szafy wiosennych ubrań. Kanada natomiast przywitała mnie mroźnym powiewem zimy, jakiego w Polsce nawet w styczniu rzadko doświadczamy, a byłem dopiero w Toronto.

Moim celem było dotarcie do Iqaluit – osady eskimoskiej położonej na Ziemi Baffina (wyspie leżącej po zachodniej stronie Grenlandii), którą pierwszy raz odwiedziłem w 2003 roku. Rząd Kanady, powołując w 1999 roku do istnienia nową prowincję Nunavut, obejmującą swym zasięgiem tereny zamieszkałe przez Eskimosów, jej stolicą uczynił właśnie Iqaluit. To nowoczesne choć niewielkie miasto liczy niespełna 6200 mieszkańców i jest bramą do bezkresnych obszarów Arktyki Kanadyjskiej. Jednak zanim ponownie stanąłem na ziemi Inuitów – jak sami nazywają siebie Eskimosi, musiałem pokonać tysiące kilometrów dzielących Polskę od tego odległego zakątka Kanady.

14.03.2005

Lot z Warszawy do Toronto trwa niespełna 8 godzin, a wspaniała pogoda podczas przelotu pozwala mi przyjrzeć się dokładnie sytuacji lodowej panującej w okolicach Grenlandii oraz między Labradorem a Baffin Island. Dzięki temu wiem, jakich warunków można spodziewać się w Arktyce. Po wylądowaniu od razu udaję się do odprawy paszportowej, aby jak najszybciej mieć ją za sobą, gdyż obawiam się nieco, czy moje bagaże nie zagubiły się gdzieś po drodze, tak jak miało to miejsce dwa lata wcześniej. Na szczęście wszystko dotarło, a i odprawa odbywa się szybko i bez problemów. W Toronto czeka już na mnie Wojtek Gręźlikowski, z którym razem zamierzamy odbyć wyprawę na Baffin Island. Naszym celem jest pokonanie starego eskimoskiego szlaku z Iqaluit do Pangnirtung. Wiedzie on przez góry oraz zamarzniętą zatokę Camberland Sound, która niestety nie każdego roku zamarza, przez co jej pokonanie i dotarcie do Pangnirtung bywa niemożliwe. Jednak o tym, czy da się ją przejść czy nie, dowiedzieć mamy się dopiero nad jej brzegiem od myśliwych, dlatego przygotowani jesteśmy także na powrót znad zatoki do Iqaluit.

Zaraz po przylocie ładujemy nasz ekwipunek do samochodu i ruszamy autostradą do odległej o 350 kilometrów Ottawy, skąd mamy bezpośredni lot do Iqaluit.

15.03.2005

Do Ottawy docieramy po północy, więc mamy przeszło 9 godzin na przepakowanie bagaży i przejrzenie całego sprzętu przed ostatnim etapem naszej podróży do bram Arktyki Kanadyjskiej. Nasze bagaże, a w szczególności sanie, wzbudzają duże zainteresowanie. Większość osób, z którymi rozmawiamy na lotnisku, jest zdziwiona, że na urlop udajemy się w Arktykę a nie gdzieś na Dominikanę czy do innego tropikalnego kraju. Największe zainteresowanie okazuje nam dwójka policjantów, których najbardziej interesuje, czy posiadana przez nas broń do obrony przed niedźwiedziami jest zarejestrowana i czy Wojtek, który jest jej właścicielem, ma na nią pozwolenie. Sprawdzanie wszystkich dokumentów zabiera dociekliwej policjantce przeszło pół godziny, ale na szczęście Wojtek zadbał o to, aby wszystkie dokumenty były w porządku, więc obywa się problemów. Podczas odprawy bagażowej na lot do Iqaluit okazuje się, że Wojtka sanie są nieco za duże i ich waga może przekraczać limit 100 funtów. Na szczęście waga służąca do ważenia bagaży pokazuje wartości w kilogramach, a Pani, która ją obsługuje nie potrafi przeliczyć tego na funty, więc udaje nam się ją przekonać, że sanie nie ważą więcej niż 100 funtów (chociaż znacznie tę wartość przekraczają). Po odprawie bagażowej udajemy się do odprawy paszportowej i tu znów spotka nas niemiła niespodzianka. Wojtek zapomniał, że w bagażu podręcznym ma butelkę polskiej żubrówki, a w związku z prohibicją panującą na terenie Nunavut nie może jej zabrać ze sobą. Musi więc ją zostawić, przez co jego urodziny będziemy musieli obchodzić na Baffin Island bezprocentowo.

Po dwuipółgodzinnym locie lądujemy na lotnisku w Iqaluit. Zaraz po przylocie udaję się do sklepu kupić paliwo oraz suszoną wołowinę. Wojtek zostaje na lotnisku pilnować bagaży, ponieważ nie ma przechowalni, a zostawienie ich bez opieki grozi, że zostaną potraktowane jako "bomby" podrzucone przez terrorystów. Wracając ze sklepu, zachodzę do biura zarządu domów, aby spróbować załatwić na cztery tygodnie miejsce, w którym będziemy mogli zostawić niepotrzebne podczas wyprawy rzeczy (torby, pokrowce na narty, ubrania, w których przylecieliśmy, itp.). Udaje mi się przekonać do tego pomysłu jedną z pracownic – za 40 dolarów zgadza się przechować nasz zbędny bagaż. Kiedy wracam na lotnisko, od razu zabieramy się z Wojtkiem za pakowanie sań i zmianę ubrań na specjalnie przygotowane do wyprawy. Rzeczy niepotrzebne pakujemy do dwóch toreb, które zanoszę do dziewczyny z biura zarządu domów. Pół godziny później, około piętnastej, ruszamy z lotniska w kierunku Sylvia Grinnell River, gdzie zamierzamy spędzić pierwszą noc. Pogoda jest ładna, temperatura wynosi niespełna –15°C, a brak wiatru i bezchmurne niebo przyczyniają się do tego, że nie odczuwa się zbytnio zimna. Po trzech godzinach marszu w zupełnych ciemnościach docieramy do niewielkiej chaty, którą znam z mojej wcześniejszej wyprawy na Baffin Island. W połowie marca słońce w tej części Arktyki zachodzi przed osiemnastą, a ponieważ jest już po tej godzinie, musimy ograniczyć się tylko do przygotowania kolacji, po której od razu idziemy spać.

16.03.2005

Na drugi dzień, zaraz po przebudzeniu, w czasie kiedy gotujemy wodę na śniadanie i herbatę do termosu, bierzemy się za ostateczne przejrzenie sprzętu zapakowanego na saniach i przygotowujemy Wojtka namiot do szybkiego rozkładania. Polega to na sklejeniu taśmą miejsc łączenia rurek w masztach, poza środkowym, dzięki czemu maszt składa się dokładnie w połowie. Maszty umieszcza się na stałe w namiocie i podczas zwijania namiotu nie wyciąga się ich, a jedynie składa w połowie, zwija wokół nich namiot i tak zapakowany umieszcza na saniach. Podczas rozbijania obozu wystarczy tylko złączyć w połowie maszty, napiąć je i już można stawiać namiot. Oszczędza to czas i ułatwia bardzo rozstawianie namiotu, szczególnie podczas huraganowego wiatru. Rozdzielamy także po równo ciężar. Mnie przypada dodatkowo całe paliwo oraz broń. Około godziny dziesiątej jesteśmy nareszcie gotowi. Przez cały dzień przebijamy się przez góry, aby dotrzeć do szlaku, który prowadzi z Iqaluit do Pangnirtung. Przeprawa jest dość ciężka, gdyż na początku wyprawy nasze sanie ważą przeszło 80 kilogramów, w związku z czym nie udaje się nam przed zmierzchem dotrzeć do szlaku. Namioty rozbijamy u podnóża góry, na szczycie której znajdują się anteny telekomunikacyjne, niespełna kilkanaście kilometrów od miasta. Na kolację przygotowuję kuskus z sosem pomidorowym oraz suszoną wołowiną, choć do wyboru mam jeszcze purée, a także zupy chińskie zakupione w Kanadzie oraz kubek gorącej czekolady. Na bezchmurnym, rozgwieżdżonym niebie pojawia się żółta zorza polarna, która towarzyszy nam jeszcze przez kolejne trzy noce. Przed pójściem spać udaję się jeszcze do Wojtka namiotu, który ma większy przedsionek niż mój namiot, aby obgadać plan marszu na następny dzień. Staje się to tradycją podczas całej wyprawy.

17.03.2005

Aby wyruszyć na trasę zgodnie z planem o godzinie siódmej, wstajemy o piątej. Zagotowanie wody na herbatę do termosu oraz na śniadanie, które składało się z muesli, zajmuje nam niemal godzinę. Dodatkowe pół godziny zajmuje zjedzenie śniadania oraz załatwienie potrzeb fizjologicznych. Zwinięcie namiotu i zapakowanie sań to kolejne pół godziny. Jednak w miarę upływu dni udaje się czas składania obozu skrócić do niespełna półtorej godziny. Zgodnie z zamierzeniem o siódmej jesteśmy już w drodze. Pogoda jest bardzo ładna, a temperatura nie spada poniżej –10°C. Przed południem docieramy w końcu do szlaku, którego trzymamy się już przez cały czas. Jest on uczęszczany przez myśliwych podróżujących na skuterach, dzięki czemu znaczą go nie tylko tyczki i Inukshuki – kamienie ułożone jedne na drugich, ale także dobrze widoczne ślady skuterów. Początkowo idziemy doliną rzeki, która doprowadza nas do jeziora. Na jego brzegu stoi niewielka chatka, która służy rybakom za schronienie podczas połowu ryb. Zatrzymujemy się przy niej na obiad złożony z dwóch czekolad i jednej chałwy. Po półgodzinnym odpoczynku ruszamy dalej przez zamarznięte jezioro. Przechodząc przez kolejną dolinę, mijamy drogowskaz wskazujący Iqaluit, jesteśmy więc pewni, że podążamy dobrym szlakiem. Niedaleko drogowskazu mija nas Eskimos na skuterze, lecz nie zatrzymuje się. Spotykamy go ponownie kilka godzin później, gdy wraz z innymi Eskimosami wraca z polowania na karibu. Rozmawiamy chwilę, poczym oni ruszają w dalszą drogę do Iqaluit, a my kładziemy się spać.

18.03.2005

Czwartego dnia wyprawy pogoda nadal jest bardzo ładna. Temperatura nieznacznie poniżej –10°C, na niebie tylko miejscami niewielkie chmury, a wiatr niemal niewyczuwalny. Doliny, które przemierzamy, są szerokie, a szlak co kilka kilometrów znakowany tyczką. W jednej z dolin znajdujemy kruka, świeżo zastrzelonego, prawdopodobnie przez Eskimosów, których spotkaliśmy poprzedniego wieczora. Dla mnie nie jest to zbyt szczęśliwy dzień, gdyż zgubiłem na którymś z postojów opaskę na głowę, której potem bardzo mi będzie brakowało. Wieczorem zaczynamy podchodzenie pod górę, jednak nie udaje się nam przed zmrokiem dotrzeć do jej szczytu, dlatego też obóz rozbijamy na stoku. Zaczyna wiać silny wiatr, a temperatura spada poniżej –20°C.

19.03.2005

Następnego dnia temperatura nieznacznie się podnosi, choć wiatr nadal wieje. Po drodze spotykamy kolejnych Eskimosów, którzy udają się na polowanie, oraz pierwszy raz spostrzegamy ślady karibu. Wieczorem, kiedy dochodzimy do chaty myśliwskiej, w której zamierzamy spędzić piąty nocleg na Baffin Island, zatrzymują się przy nas powracający z polowania Eskimosi. Mają kilka sztuk karibu i skórę z wilka. Po krótkiej rozmowie ruszamy dalej i zanim zapadł zmrok, leżymy w śpiworach po obfitej kolacji w chacie myśliwskiej. Nieopodal niej stoją dwa porzucone skutery. Jak się potem dowiadujemy od Eskimosów, skutery często się psują, a naprawienie ich w niskiej temperaturze jest niemal niemożliwe. Dlatego też Eskimosi podróżują przeważnie w co najmniej dwa skutery, aby w razie awarii jednego z nich przesiąść na drugi sprawny, pozostawiając uszkodzony na szlaku. Dodatkowo każdy z myśliwych ma radio UKF i przed wyruszeniem w trasę powiadamia wszystkich o swoim wyjeździe. Jeśli po drodze zepsuje się mu skuter, a jedzie sam, może przez radio wezwać pomocy. Takie pozostawione w tundrze skutery czasem są ściągane przez właścicieli, ale jak zaobserwowaliśmy, przemierzając trasę naszej wyprawy, dzieje się to jednak rzadko.

20.03.2005

Szóstego dnia marszu temperatura spada znacznie poniżej –25°C. Po drodze mijamy kolejne ślady karibu, a przechodząc przez rzekę McKeen River napotykamy kolejny porzucony skuter oraz ślady wilków. Na zboczu góry, pod którą podchodzimy z doliny rzeki, spotykamy karibu. Pod wieczór zaczyna wiać bardzo silny wiatr, a temperatura spada gwałtownie do około –50°C. Nie udaje się nam przed zapadnięciem zmroku zejść z góry, więc ponownie rozbijamy obóz na zboczu.

21.03.2005

Następnego dnia nadal wieje silny wiatr, a temperatura nie podnosi się powyżej –30°C. Zaczynamy dość mocno odczuwać przenikliwe zimno. Zakładamy niemal wszystkie rzeczy, jakie mamy z sobą. Poranek upływa nam na przejściu przez zamarznięte jezioro. Na jego drugim brzegu napotykamy kolejną chatę dla rybaków, ale ponieważ jest dopiero koło południa, nie zatrzymujemy się. Znajduję przy niej zamarzniętą puszkę Pepsi, którą zabieram z sobą, aby wieczorem w namiocie roztopić jej zawartość i wypić. Zanim jednak to nastąpi, czeka nas jeszcze wspinaczka na płaskowyż. W związku z tym, aby mieć siły na jego pokonanie, zatrzymujemy się na odpoczynek przy wielkim głazie, który osłania nas od wiatru. Późnym popołudniem docieramy na płaskowyż, a naszym oczom ukazuje się Inukshuk, wskazujący drogę do Pangnirtung. Wzmaga się wiatr, temperatura ponownie spada do –50°C, a wokół słońca tworzy się halo. Zakładam na ręce łapawice, a na głowę uszankę i narzucam kaptur. Mino to czuję, jak odmrażają mi się policzki i nos. Przed wieczorem spotykamy Eskimosa – Jony'ego, strażnika przyrody, którego pierwszy raz widzieliśmy trzeciego dnia marszu. Wiezie paliwo do jednej z chat myśliwskich. Jest zaskoczony, że trzymamy się doskonale, nie jesteśmy odmrożeni i nadal idziemy. Kiedy spotkał nas pierwszy raz, nie wierzył, że dotrzemy tak daleko. Był pewien, że wcześniej zawrócimy albo zamarzniemy – tak jak miesiąc wcześniej Eskimos, któremu zepsuł się na płaskowyżu skuter. Wieczorem, jedząc kolację w namiocie, widzimy go ponownie, kiedy wraca do domu. Przed pójściem spać biorę się jeszcze za naprawienie szwu od łapawic, który spruł się podczas marszu.

22.03.2005

Rankiem wiatr ustaje choć temperatura nadal trzyma się w granicach –30°C. W trakcie marszu spotykamy jadących na polowanie Eskimosów – Pola i Sima. Pierwsze pytania, jakie zadają, to: czy mamy co jeść, czy mamy wystarczająco paliwa do kuchenek i czy wszystko jest w porządku. Te pytania słyszymy od wszystkich spotykanych Eskimosów. Sim wiezie na saniach świeżo upolowane karibu, więc proponuje nam kawałek mięsa. Niestety, sanie mamy pełne, więc nie chcemy ich dodatkowo obciążać. Umawiamy się, że jak dotrzemy nad Camberland Sound, odwiedzimy go w jego chacie nad brzegiem zatoki i tam zjemy kawałek karibu. Przez cały dzień mijamy wiele śladów karibu i wilków. Widać, że na płaskowyżu żyje ich całkiem sporo. Wieczorem podczas rozkładania namiotu spostrzegam, że rozdarł mi się tropik. Na szczęście dziura jest niewielka – postanawiam ją od razu zacerować, aby się nie powiększyła. Operowanie igłą i nicią w temperaturze –30°C, gołymi rękoma, nie jest wcale łatwe, ale udaje mi się w końcu zaszyć dziurę i rozstawić namiot. Przed snem reperuję termos, robiąc nową uszczelkę z kawałka gumy, gdyż oryginalna silikonowa nie wytrzymała niskich temperatur.

23.03.2005

Następny, 9 dzień marszu upływa nam bardzo spokojnie. Wiatr nie jest mocny, a temperatura podnosi się do –20°C. Powoli zaczynamy schodzić w dół dolinami rzek. Pod wieczór docieramy do zamarzniętego jeziora. Trzy godziny później udaje się nam osiągnąć jego drugi brzeg, gdzie natykamy się na chatę myśliwską, wokół której kręci się pięć reniferów. Zatrzymujemy się w niej na noc, dzięki czemu udaje mi się przykleić kółko od ustawiania czasów w moim aparacie, które odkleiło się w trakcie dnia. W nocy temperatura ponownie spada poniżej –30°C.

24.03.2005

Dzięki temu, że noc spędzamy w chacie, rankiem udaje się nam szybciej spakować i wcześniej niż zwykle ruszyć w drogę. Mimo niskich temperatur idzie się całkiem nieźle. Świeci słońce, więc wyciągamy na sanie śpiwory, aby trochę przeschły, gdyż po 10 dniach wyprawy są już dość mocno zalodzone. Koło południa zatrzymujemy się w niewielkiej dolinie na odpoczynek. Postanawiamy przetestować telefon satelitarny, ale niestety okazuje się, że pod wpływem mrozu baterie się całkiem wyczerpały i telefon nie działa. Wojtek wyciąga panel słoneczny i podłącza do niego baterie, aby się ponownie naładowały. Po południu docieramy do miejsca, gdzie szlak dość ostro skręca na wschód i musimy przebić się do następnej doliny. Na szczęście trasa jest dobrze oznakowana przez Inukshuki, więc nie mamy problemów z podążaniem wzdłuż niej. Wieczorem temperatura spada poniżej –35°C. Obóz rozbijamy już po zachodzie słońca w dolinie otoczonej wysokimi zboczami gór. Zdejmując w namiocie buty do nart, spostrzegam, że zaczyna pękać czubek w lewym bucie. Na razie nieznacznie, ale wiem, że kwestią czasu jest to, kiedy pęknie cały i buty nie będą nadawały się do dalszego marszu. Do tego w lewej skarpecie robi się dziura. W czasie, kiedy gotuje się woda na kolację, biorę się za cerowanie. Przyszywam łatę z polaru. Na razie musi to wystarczyć. U Wojtka w namiocie siedzę tylko chwilę, gdyż jest bardzo zimno i chcę jak najszybciej wskoczyć do śpiwora.

25.03.2005

Rankiem jest jeszcze zimniej. W naszych termometrach skończyła się skala, więc nie wiemy, ile jest dokładnie stopni. Przed zwinięciem obozu próbujemy jeszcze raz zadzwonić z telefonu satelitarnego. Dzień wcześniej Wojtek naładował baterie i całą noc wraz z telefonem trzymał je w śpiworze. Udaje się nam wykonać dwa połączenia po kilka minut, zanim baterie całkiem się wyczerpują. Był to ostatni raz, kiedy skorzystaliśmy z tego telefonu, gdyż przestał działać i do końca wyprawy nie udało się go nam ponownie uruchomić. Wokół obozu widać dużo śladów wilków. Po przejściu niespełna kilometra natykamy się na pozostałości karibu, upolowanego w nocy przez wilki, z którego pozostały jedynie nogi, wnętrzności i kawałek kręgosłupa. Po śladach udaje się nam stwierdzić, że wilków było co najmniej kilkanaście. Zatrzymujemy się na chwilę, aby zrobić trochę zdjęć. Koło południa robi się ciepło. Temperatura podnosi się do –20°C, niestety niebo spowijają chmury i zaczyna padać śnieg. Widoczność spada do kilkudziesięciu metrów. Zaczynamy schodzić dolinami, które dawniej wypełniały lodowce, dlatego musimy lawirować między morenami. Wieczorem temperatura znów spada do –30°C, a silny wiatr utrudnia rozbicie namiotów. Udaje się nam znaleźć kawałek prostego terenu z w miarę przewianym śniegiem, gdzie rozbijamy nasz 11 obóz. Przed snem robimy namiar GPS-em – okazuje się, że dystans miedzy tym a poprzednim obozem w linii prostej wynosi 19 kilometrów, czyli przeszliśmy co najmniej 23 km. Jest to najdłuższy dystans, jaki udało się nam do tej pory pokonać jednego dnia.

26.03.2005

Następnego dnia widoczność jest gorsza niż dzień wcześniej. Nadal pada śnieg i wieje silny wiatr, przez co nasze namioty są po nocy dość znacznie zasypane. Mimo śnieżycy sprawnie zwijamy obóz i ruszamy dalej. Po drodze mijamy porzucone sanie, wokół których leżą porozrzucane skóry karibu. Po śladach widać, że skóry zostały powyciągane z sań przez wilki. Na saniach znajdujemy radio UKF, sztucer oraz kurtkę puchową. Po dokładnych oględzinach orientujemy się, że wszystko to jest własnością Sima. Rozglądamy się więc niepewnie wokół, czy nie ma go gdzieś w pobliżu, w obawie, że mógł zostać zaatakowany przez wilki. Jednak po chwili spostrzegamy, że sanie mają pęknięte płozy, więc prawdopodobnie dlatego zostały porzucone – nie dało się ich dalej ciągnąć. Kilka kilometrów dalej, przy zboczu góry spotykamy porzucony kolejny skuter. Widać, że stoi w tundrze od dawna, gdyż spod śniegu wystaje tylko kierownica i owiewka. W tym miejscu musimy kolejny raz zmienić narty na inne, z założonymi fokami, gdyż zbocze góry, przez które musimy przejść, jest zbyt strome, aby pokonać je na zwykłych nartach. Foki, które nakleja się na spód nart, są długimi pasami materiału z niewielkimi włosami ułożonymi zgodnie z kierunkiem marszu, dzięki czemu narta bez problemu przesuwa się do przodu, ale się nie cofa. Ułatwia to bardzo podchodzenie pod góry. Pokonawszy wzniesienie, zaczynamy schodzić dość stromym zboczem do fiordu. Jest to trudniejsze niż podejście. Musimy bardzo uważać na sanie, aby się nie przewracały i nie zjeżdżały za szybko, co mogłoby grozić uderzeniem w nas. Koło południa docieramy do początku fiordu. Wiatr robi się silniejszy, więc na odpoczynek chowamy się za wielki głaz. Na niewiele się to jednak zdaje, gdyż wiatr jest bardzo silny i nie znajdujemy wystarczającego schronienia. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dół fiordu. Z początku jest bardzo wąski, a jego ściany niezwykle strome i wysokie na kilkaset metrów. Robi to ogromne wrażenie. Spadek jest dość znaczny, więc mimo silnego mrozu rzeka, która płynie latem w dół fiordu, jest miejscami rozmarznięta, a śnieg z zamarzniętej części całkowicie wywiany. Bardzo utrudnia to schodzenie, gdyż narty kompletnie nie nadają się do chodzenia po lodzie, poza tym musimy bardzo uważać, aby nie wpaść do wody, gdyż przy silnym mrozie i wietrze mogłoby to spowodować poważne odmrożenia stóp. Schodząc w dół, spotykamy Eskimosów, którzy jadą na pobliskie jezioro: na połów ryb oraz polowanie na karibu i foki. Po dwóch godzinach dochodzimy do zamarzniętego jeziora położonego nieopodal brzegu zatoki. Na jego drugim brzegu, przy zboczu góry, spostrzegamy chatę myśliwską, do której postanawiamy się udać na nocleg. Nieopodal chaty mijamy na jeziorze spotkanych wcześniej Eskimosów, którzy łowią ryby przy użyciu sieci wpuszczonej pod lód. Sieć umieścili pod lodem po wcześniejszym zrobieniu dwóch przerębli w półtorametrowej grubości lodzie i przeciągnięciu między nimi linki, do której końca przywiązali sieć. Kiedy docieramy do chaty, okazuje się, że jest tam już kilka osób, ale i dla nas znajduje się miejsce. Po zachodzie słońca wracają rybacy z połowu, przywożąc kilka łososi arktycznych (zwanych po eskimosku Iqalue – Książę Ryb). Kroją je na kawałki i każdemu dostaje się spora część. Zjadamy je na surowo, gdyż są świeże i niezmrożone. Dowiadujemy się także, że lód na zatoce Camberland Sound jest połamany i większa jej część to otwarta woda, nie ma więc możliwości dotarcia tą drogą do Pangnirtung. Eskimosi stanowczo odradzają nam próbę przejścia zatoki, tłumacząc, że nawet najbardziej doświadczeni myśliwi po zaopatrzenie jeżdżą do Iqaliut, chociaż jest tam dwa razy dalej niż do Pangnirtung. Postanawiamy z Wojtkiem, że nazajutrz zostawimy sprzęt w chacie, a sami bez obciążenia pójdziemy do końca fiordu po zamarzniętym morzu, aby samodzielnie przekonać się, jak wygląda sytuacja. Kilku Eskimosów rozbija namiot i w nim kładzie się spać. My wraz z kilkoma innymi na nocleg zostajemy w chacie. Pierwszy raz od kilku dni siedzimy w cieple, gdyż przez cały wieczór chata ogrzewana jest przez kuchenki. Dopiero teraz zaczynamy z Wojtkiem odczuwać, że mamy dość mocno odmrożone policzki i nosy, ale nie zważamy na to, gdyż Eskimosi też mają poodmrażane twarze. Przed snem biorę się jeszcze za szycie łapawic, ponieważ rozpruły się kolejne szwy.

27.03.2005

Wcześnie rano w niedzielę wielkanocną, zaraz po śniadaniu ruszamy ku otwartej zatoce. Po zamarzniętym morzu idzie się dość dobrze. Przed południem mijają nas znajomi, z którymi spędziliśmy noc w chacie, udający się na polowanie na foki. Po pięciu godzinach marszu docieramy do końca fiordu nad Robert Peel Inlet. Tu zawracamy, gdyż dalej jest już otwarta woda. Przed zachodem słońca jesteśmy z powrotem w chacie. Na kolację dostajemy po całym łososiu oraz spory kawałek mięsa niedźwiedzia polarnego. Eskimosi mieli całkiem udany połów i polowanie. Złapali przeszło 200 kg łososi i ustrzelili jedną fokę obrączkową. Wieczór upływa nam na nauce eskimoskich słów i słuchaniu opowieści o życiu w Arktyce.

28.03.2005

Następnego dnia w poniedziałek wielkanocny, a zarazem urodziny Wojtka, ruszamy w drogę powrotną do Iqaluit. Jeden z zaprzyjaźnionych rybaków, Abraham, obiecuje złowić dla nas ryby i przywieźć nam przed południem, abyśmy mieli świeże mięso na drogę powrotną. Dostajemy dwa łososie, wyfiletowane i pocięte na małe kawałki, żeby zmieściły się nam do garnków. Przez następne trzy dni na kolację jemy tylko ryby. Kiedy dochodzimy do końca jeziora, mija nas Abraham i reszta myśliwych poznanych w chacie, którzy wracają do Iqaluit. Na postoju, z okazji urodzin Wojtka, zjadamy wafle czekoladowe – specjalnie przywiezione z Polski dla uczczenia tego dnia. Nie odpoczywamy jednak zbyt długo, bo wieje silny wiatr, a temperatura spada poniżej –30°C. Godzinę później spotykamy Sima wraz z jego rodziną – jadą do Iqaluit po zaopatrzenie. Pytają, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebujemy. Kiedy odpowiadamy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i nic nam nie trzeba, nawiązuje się rozmowa o naszej wyprawie. Ojciec Sima nie mówi po angielsku, więc jego żona musi mu wszystko tłumaczyć z angielskiego na eskimoski. Rozmawiamy tylko z rodzicami Sima, gdyż – jak każe tradycja – kiedy starsi rozmawiają, młodzi zachowują milczenie. Dowiadujemy się, że za kilka dni będą wracać z zaopatrzeniem, bo wybierają się polować na niedźwiedzia polarnego, wraz z turystą z Meksyku, który zapłacił im 20 tysięcy dolarów za możliwość ustrzelenia tego największego lądowego drapieżnika. Po krótkiej rozmowie ruszamy dalej w kierunku Iqaluit. W czasie marszu czubek lewego buta pęka do końca i trzyma się już tylko na kawałku skóry. Na szczęście mam drugą zapasową parę butów, ale postanawiam iść jeszcze przez jakiś czas w pękniętych butach, aby zobaczyć jak długo wytrzymają. Wieczorem spotykamy Eskimosa, który jedzie nad zatokę na polowanie. Zatrzymuje się, aby porozmawiać. Okazuje się, że wie o nas wszystko – nawet to, że dostaliśmy ryby od Abrahama. Myśliwi kontaktują się ze sobą przez radio, informując nawzajem, kto jest na szlaku, aby w razie kłopotów przyjść z pomocą. Nas też wciągnęli w ten swoisty system bezpieczeństwa. Przy rozkładaniu namiotu pęka mi maszt i muszę go wymienić na zapasowy. Na szczęście zabrałem z sobą dwie sztuki. Na kolację gotujemy rybę. Wprawdzie przez następne kilka dni herbata ma smak zupy rybnej, ale jest to miła odmiana po dwóch tygodniach tego samego, niezmiennego menu.

29.03.2005

Rankiem wstaję wcześniej, aby skrócić gumki w masztach, ponieważ taśma, którą skleiłem łączenia, okazała się mało wytrzymała na mróz i poodpadała. W związku z tym muszę bardziej naprężyć gumę spinającą poszczególne elementy masztu, tak aby przy składaniu namiotu rozczepiał się tylko jego środek. W czasie marszu spotkamy znajomych z kabiny, w której spędziliśmy weekend, wracających już do Iqaluit. Idziemy wśród moren doliną, którą kiedyś schodził lodowiec. Przy jednym z wielkich głazów, jakimi jest ona usłana, spostrzegam dwie pardwy. Nie są zbyt płochliwe. Uciekają dopiero wtedy, kiedy dystans między nimi a nami kurczy się do kilku metrów. Po południu zatrzymują się przy nas kobieta i mężczyzna, którzy jadą na skuterach do Kipisy na polowanie. W czasie krótkiej rozmowy dowiadujemy się, że trzy lata wcześniej oni także na nartach przeszli trasę, którą teraz my przemierzamy. Na kolację ponownie gotujemy rybę.

30.03.2005

Następny dzień upływa nam bardzo spokojnie. Idzie się dobrze, jest ciepło – około –20°C. Wieczorem spotykamy trzy karibu.

31.03.2005

Rankiem ostatniego dnia marca pogoda jest ładna. Dopiero kiedy ruszamy w drogę, zaczyna wiać. Podchodzimy na płaskowyż, więc nie jest nam specjalnie zimno. Po drodze mijają nas spotkani dwa dni wcześniej kobieta i mężczyzna. Koło południa docieramy do chaty myśliwskiej, w której spędziliśmy noc 23 marca. Zatrzymujemy się w niej na pół godziny, aby zjeść czekoladę i wypić herbatę. Wiatr przybiera na sile, ale decydujemy się iść dalej, gdyż szkoda nam tych kilku godzin dnia, podczas których możemy przejść jeszcze kilka kilometrów. Wieczorem wiatr osiąga znaczną siłę i robi się śnieżna zadymka, a widoczność spada do kilkunastu metrów. Decydujemy się rozbić obóz, gdyż wiatr zaczyna wiać nam prosto w twarz i marsz robi się niemożliwy. Podczas rozkładania namiotu pęka mi kolejny maszt oraz puszcza szew od taśmy, która służy do napinania masztów. W huraganowym wietrze biorę się za wymianę masztu i szycie. Na szczęście wiatr wieje znad morza i temperatura podnosi się do –10°C, dzięki czemu w pół godziny udaje mi się przyszyć taśmę i rozstawić namiot.

01.04.2005

Niestety na drugi dzień wiatr wzmaga się jeszcze bardziej, a widoczność spada do około dwóch metrów. Zostajemy więc na miejscu, czekając z nadzieją na poprawę pogody. Przez cały dzień leżymy w namiotach, naprawiając sprzęt, robiąc notatki oraz śpiąc. Zjadam tylko lekkie śniadanie, aby oszczędzać żywność – nie idziemy, więc nie potrzeba nam tylu kalorii co podczas marszu. Postanawiam zjeść zaoszczędzone czekolady oraz zupy chińskie podczas takiego dnia, kiedy marsz będzie szczególnie wyczerpujący.

02.04.2005

Ranek drugiego dnia kwietnia przynosi nieznaczną poprawę pogody. Wiatr nieco słabnie, ale widoczność nadal jest na kilkanaście metrów. Mimo to ruszamy w drogę, korzystając z GPS-u oraz kompasu. Jest to uciążliwe, ponieważ kompletny brak widoczności uniemożliwia trzymanie się dolin, którymi najlepiej się przemieszać. Musimy więc iść wprost przed siebie, co chwilę wspinając się pod górki i schodząc w dół. Męczy nas to bardzo, ale posuwamy się cały czas do przodu. Do tego jest bardzo ciepło, niespełna –5°C, przez co musimy uważać, aby się nie zapocić. Po drodze spotykamy karibu, które próbuje wygrzebać wątłe trawki spod przewianego śniegu. Kiedy nas spostrzega, wydaje się przez moment nieco zdezorientowane, ale po chwili rusza do ucieczki. Pomimo kiepskich warunków udaje się nam przejść całkiem spory dystans i wieczorem odnaleźć szlak, przy którym rozbijamy obóz. Podczas rozbijania namiotu Wojtkowi pęka maszt, więc musi wymienić złamaną rurkę. Ja w tym czasie uzbrojony w igłę i nici naprawiam szwy w namiocie, które zaczęły puszczać i wymagają szybkiej interwencji, aby nie zawiodły podczas następnej wichury. Kiedy kładziemy się spać, przy namiotach zatrzymują się dwa skutery. Okazuje się, że to nasz znajomy Kris z Eskimosem jadą na polowanie. Jesteśmy bardzo zdziwieni, jak udało im się w tak kiepskich warunkach podążać szlakiem, którego przecież nie było widać. Tłumaczą nam, że mieszkają na Baffin Island od dawna i znają na niej niemal każdy kamyk, dzięki czemu nawet podczas tak kiepskiej pogody odnajdują właściwą drogę i to bez użycia GPS-u czy kompasu. Jesteśmy pełni uznania, gdyż dla nas bez kompasu i nawigacji satelitarnej zrobienie choćby kilku metrów we właściwym kierunku w śnieżnej zadymce byłoby niemożliwe. Przed pójściem spać podczas kolacji umawiam się z Wojtkiem, że w związku z jego poważnym obtarciem na stopie cały jego sprzęt i większość mojego zapakujemy nazajutrz na jego sanie, które następnego dnia ja będę ciągnąć. Dzięki temu Wojtek będzie mógł odpocząć i podleczyć stopę.

03.04.2005

20 dnia marszu ruszamy wcześnie rano, gdyż chcemy na noc dojść do kabiny myśliwskiej. Pogoda poprawia się i widoczność znów jest dobra. Idzie się dobrze, choć jest mi trochę ciężko, gdyż sanie Wojtka, które zrobił sobie sam, nie są najlepsze. Zbyt wąskie płozy wrzynają się w śnieg, zamiast się po nim ślizgać. Czuję wyraźny opór, ale spinam się w sobie i zachowuję równe tempo marszu. Jestem pełen uznania dla Wojtka, który przez całą wyprawę ciągnie na tych saniach swój ekwipunek. Z pewnością nie ułatwiają mu tego zadania. Szczególnie na początku wyprawy, kiedy sanie ważyły niemal tyle, ile teraz zapakowane moim i Wojtka sprzętem, ciągnięcie ich musiało być szczególnie trudne. Podczas ekstremalnej wyprawy liczy się każdy kilogram i dopracowanie każdego szczegółu. Maszerując po płaskowyżu, napotykamy cztery karibu – trzy samice i jednego samca. Zwierzęta są nami wyraźnie zainteresowane. Obchodzą nas dookoła, co jakiś czas przystając i przyglądając się nam. Samiec próbuje odciągnąć samice i uciec z nimi, ale one wyraźnie nie mają na to ochoty. Dopiero po dwóch okrążeniach i dokładnym przyjrzeniu się nam karibu powoli odchodzą, skubiąc po drodze wystające spod śniegu porosty i drobne trawy. Po tym zabawnym incydencie robimy sobie postój na herbatę i czekolady, po czym ruszamy dalej. Po południu docieramy do stojącego na krańcu płaskowyżu Inukshuka. Jesteśmy więc pewni, że idziemy w dobrym kierunku. Schodząc w dół w kierunku jeziora, nad brzegiem którego stoi chata myśliwska, spotykamy Sima i jego rodzinę udających się do Kipisy. Ojciec Sima pyta, czy jesteśmy głodni i chce nam ofiarować batony czekoladowe. Tłumaczymy mu, że mamy wystarczająco jedzenia, ale chętnie byśmy zjedli mięso karibu. Po chwili wyciąga z sań kawałek mięsa i ofiarowuje go nam. Będzie wieczorem na kolację. Na ich saniach wyładowanych paliwem i jedzeniem dostrzegamy zestaw do odbioru telewizji satelitarnej. Wzbudza to nasze ogromne zaciekawienie, w szczególności sposób uzyskiwania energii potrzebnej do jego zasilania. Okazuje się, że mają z sobą także agregat prądotwórczy. Obdarowujemy ich jeszcze w zamian za mięso karibu polską chałwą i czekoladą, po czym żegnamy się i każdy rusza w swoja stronę. Po zachodzie słońca docieramy do chaty. Przed nią znajduję dwa ciastka. Bez namysłu zjadamy z Wojtkiem po jednym. Jesteśmy już strasznie głodni, więc rzucamy się na każdy kęs jedzenia. Na kolację przygotowujemy mięso karibu. Kiedy bierzemy się za jedzenie, przed kabiną zatrzymują się dwa skutery. To Kris z Eskimosem Imusi wracają do Iqaluit z polowania. Zapraszamy ich na kawę. W ramach rewanżu dostajemy spory kawał świeżego, jeszcze ciepłego mięsa karibu. Do tego Imusi wyciąga z sań zamrożonego łososia i rąbie go tasakiem na drobne paski. Zjadamy na surowo zamarznięte kawałki rybiego mięsa, spiesząc się, aby nie odmrozić sobie przy tym rąk. Po kolacji zasiadamy w chacie, aby trochę porozmawiać. Niestety Imusi nie mówi po angielsku, ale Kris zna język Eskimosów, więc udaje się nam porozumieć. Dowiadujemy się, że Kris, zanim przybył na Baffin Island, pracował w kopalniach diamentów znajdujących się na terenie Arktyki Kanadyjskiej. Teraz mieszka w Iqaluit i pracuje w zarządzie domów. Przed odjazdem daje nam numer swojego telefonu, żebyśmy mogli zadzwonić, gdybyśmy potrzebowali czegoś po powrocie do stolicy Nunavut. W zamian za mięso obdarowuję ich chałwą i czekoladą. Otrzymane mięso zostawiam, aby zamarzło, ponieważ decydujemy się zabrać je do domu Wojtka i tam przyrządzić na grillu. W nocy temperatura spada poniżej –25°C.

04.04.2005

Ranek wita nas wspaniałą pogodą. Wstajemy pół godziny później niż zwykle, rekompensując sobie tym dłuższy marsz poprzedniego dnia. W czasie marszu spotykamy na jeziorze myśliwego, który jedzie polować na wilki. Pyta nas, czy widzieliśmy świeże ślady wilków, jednak od kilku dni żadnych nie napotkaliśmy. Po krótkiej rozmowie ruszamy dalej. Pokonujemy strome podejście pod górę, poczym mamy już do końca dnia z górki. Po drodze natykamy się na resztki upolowanego karibu. Odcinam z głowy poroże na pamiątkę – po jednym rogu dla mnie i Wojtka. Wieczorem zrywa się wiatr, więc kiedy docieramy do rzeki McKeen River, zatrzymujemy się i nad jej brzegiem rozbijamy obóz.

05.04.2005

W nocy pogoda załamuje się i kiedy wstajemy następnego dnia rankiem wieje silny wiatr, a widoczność spada do kilkunastu metrów – typowy white out, czyli białe ciemności. Temperatura podnosi się do –2°C i śnieg robi się nieprzyjemnie mokry. Znów musimy iść niemal na oślep, używając tylko mapy, GPS-u i kompasu. Na szczęście co jakiś czas spod świeżo nawianego śniegu widać ślady skuterów, a po kilku godzinach marszu mam już duże doświadczenie w ich tropieniu. Udaje się więc nam w miarę trzymać szlaku. W pewnym momencie dostrzegam wśród wszechobecnej bieli coś kolorowego. Kiedy podchodzę bliżej, spostrzegam, że to napoczęta chałwa, którą dwa dni wcześniej dałem Krisowi i Imusiemu. Zjadamy ją z Wojtkiem po połowie. Po trzech tygodniach wyprawy jesteśmy już bardzo wygłodzeni, niestety nasze porcje są ściśle wydzielone na każdy dzień, więc nie możemy najadać się do syta – inaczej zabrakłoby nam żywności do końca wyprawy. Koło południa wiatr wzmaga się jeszcze bardziej, a widoczność pogarsza. Dlatego, kiedy docieramy do chaty myśliwskiej, decydujemy się w niej zostać do następnego dnia z nadzieją, że przyniesie on poprawę pogody. Pozostałą cześć dnia wykorzystujemy na naprawę sprzętu.

06.04.2005

Niestety następny dzień nie przynosi poprawy pogody. Wręcz przeciwnie, jest jeszcze gorsza. Nie możemy jednak zostać i zaczekać na poprawę, gdyż do Iqaluit mamy jeszcze około 60 kilometrów, a musimy tam dotrzeć najpóźniej do 10 kwietnia. Znów idziemy, używając tylko mapy, GPS-u i kompasu. Niestety mylę dolinę i skręcamy w złym kierunku. Na szczęście dość szybko się orientuję, jednak aby wrócić na szlak, musimy podejść pod górę pod wiatr. Podczas zmiany kierunku marszu silny wiatr przewraca mi sanie, na których jest plecak z aparatem. Kiedy próbuję ratować aparat, wiatr wyrywa mi z rąk łapawice. Wojtek rzuca się za jedną z nich, ja ruszam za drugą. W czasie pogoni niefortunnie się przewracam i wbijam sobie końcówkę kijka od nart w nogę. Na szczęście spodnie na udzie mają gruby materiał, więc nie przebijam skóry a jedynie pierwszą warstwę materiału. Mimo zamieszania udaje się nam złapać obie łapawice. Wieczorem docieramy w pobliże zgubionego szlaku. Znajdujemy miejsce osłonięte nieco do wiatru i rozbijamy obóz. Po kolacji biorę się za cerowanie skarpety, która podarła mi się w czasie marszu, oraz suszenie części rzeczy. Temperatura wynosi nieco poniżej –5 stopni, a do tego padający śnieg jest bardzo mokry. Poza tym w namiocie z powodu gotowania zbiera się woda na ścianach i podłodze, więc wszystkie rzeczy oraz śpiwór mam wilgotne. Suszę rękawice i skarpety, aby podczas marszu nie odmrozić sobie na wietrze rąk i nóg. Buty rozpadły mi się do końca, więc postanawiam je następnego dnia wymienić na nową parę.

07.04.2005

Ranek przynosi lekką poprawę pogody. Przez gęste chmury co jakiś czas wygląda słońce. Temperatura nadal wynosi –5°C. Zakładam nowe buty, a stare, z pękniętą podeszwą, pakuję na sanie. Widoczność jest niezła, więc udaje się nam trzymać szlaku. Jedna z dolin jest całkowicie zasypana świeżym śniegiem, więc musimy nieco zboczyć i ją obejść. Idzie się ciężko, bo po kilku dniach kiepskiej pogody wszędzie leży świeży śnieg, w którym zapadają się sanie i narty. Mijając jedną z dolin, natykamy się na martwego kruka, którego widzieliśmy w tym samym miejscu na początku wyprawy. Mimo upływu trzech tygodni jest nieruszony ani przez lisy, ani przez kruki. Moje nowe buty sprawują się doskonale. Od kilku dni jestem nieprzerwanie głodny i cały czas myślę o tym, aby coś zjeść. Marzy mi się jajecznica i parówki. Obiecuję sobie, że jak dojdziemy do Iqaluit, zrobię sobie ucztę. Jednak na razie muszę zadowolić się przyrządzoną na kolację porcją zupy chińskiej.

08.04.2005

Następnego dnia nadal idzie się nam ciężko z powodu świeżego śniegu. Jednak widoczność jest dobra i poruszamy się cały czas dolinami. Co jakiś czas musimy jednak podchodzić pod górę, aby przejść do następnej doliny. Podczas jednej z takich przepraw Wojtek znajduje szkielet renifera z dobrze zachowaną czaszką z rogami. Zabiera ją z sobą jako trofeum z wyprawy. Nadal jest ciepło, nieznacznie poniżej –5°C. Wieczorem docieramy w pobliże Iqaluit. Słychać już odgłosy miasta, jednak nie udaje się nam przed zmrokiem dojść do niego.

09.04.2005

Dokonujemy tego następnego dnia po dwugodzinnym marszu przez góry. Najpierw spostrzegam stację telekomunikacyjną, potem domy i linie wysokiego napięcia. Schodząc do miasta, wywołujemy spore zainteresowanie wśród spotkanych ludzi. Mijając budynki rządowe spostrzegam, że flagi są opuszczone do połowy masztu. Przez miesiąc byliśmy odcięci od świata, więc nie wiemy, czy coś się wydarzyło. Wojtek podejrzewa, że może to wiatr je zszarpał w dół. Jednak kiedy docieramy do lotniska, tam również spostrzegamy flagi opuszczone do połowy masztu. Wszystko wyjaśnia się, kiedy dzwonię do domu – dowiaduję się o śmierci i pogrzebie papieża. Dzwonimy do Krisa, aby dowiedzieć się o numer telefonu dziewczyny z biura zarządu domów, u której zostawiłem rzeczy. Nie wziąłem od niej adresu, a ponieważ jest sobota i nie ma jej w pracy, bez pomocy Krisa musielibyśmy czekać do poniedziałku, aby odebrać bagaże. Na szczęście udaje się nam zdobyć telefon do niej i pół godziny później przywozi na lotnisko nasze rzeczy. Załatwiamy jeszcze zmianę daty wylotu z poniedziałku na niedzielę i ruszamy do miasta. Zabieramy z sobą sanie, które zostawiamy po drodze na stacji paliw – Baffin Gas. Podczas rozmowy z jej właścicielem dowiadujemy się, że księdzem w miejscowym kościele katolickim jest Polak. Postanawiamy go odwiedzić, lecz najpierw udajemy się na zakupy do Northen Market. Kupuję bułki i parówki oraz masło orzechowe, na które miałem straszną ochotę podczas przemierzania lodowych pustkowi Baffin Island. Po sytym posiłku idziemy odwiedzić polskiego księdza, ale niestety nie udaje się nam go zastać w kościele. Próbujemy jeszcze zadzwonić do niego pod podany na tablicy ogłoszeń w kościele numer telefonu, ale nikt nie odbiera. Resztę popołudnia spędzamy w hali sportowej, oglądając rozgrywki hokejowe młodych Eskimosów. Wieczorem odbieramy ze stacji paliw nasze sanie i udajemy się na zamarzniętą zatokę, rozbić namioty na noc. Podczas rozstawiania namiotów Wojtkowi pękają dwa maszty. Ponieważ nie ma już zapasowych rurek, łączymy je kawałkiem specjalnie przygotowanej rurki o nieco większej średnicy. Zjadamy naszą ostatnią podczas tej wyprawy kolację na Baffin Island i kładziemy się spać. Co jakiś czas nad nami przelatuje samolot, ponieważ – jak się potem okazało – rozbiliśmy nasz ostatni obóz wprost na przeciwko pasa startowego.

10.04.2005

Rankiem ostatniego dnia naszej wyprawy udajemy się wcześnie rano na lotnisko, aby przepakować sprzęt i trochę go podsuszyć. Przebieramy się w nowe rzeczy, ale ponieważ nie mamy gdzie się wykąpać, nadal czuć od nas zapach niemytego przez miesiąc ciała. Powoli schodzą nam odmrożenia z twarzy, ale i tak wyglądamy okropnie. Mimo to udaje się nam dostać bez problemu do samolotu i planowo wyruszyć w drogę powrotną do Ottawy. Podczas lotu stewardesa oferuje nam dodatkowe porcje ciasta, gdyż patrząc na nas stwierdza, że musimy być bardzo głodni.

Po dwuipółgodzinnym locie lądujemy w Ottawie. Odbieramy samochód z parkingu i po załadowaniu na niego naszych bagaży udajemy się do domu Wojtka, do Orilli. Docieramy tam późnym wieczorem, kończąc tym rozpoczętą przed miesiącem wyprawę. Nazajutrz jemy na kolację grillowane mięso karibu, które dostaliśmy od Krisa, planujemy przy tym nową wyprawę w lody Arktyki.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jak dojechać?

Do Iqaluit można dostać sie z Ottawy lub Montrealu, liniami lotniczymi First Air (firstair.ca) lub Canadian North (canadiannorth.com). Z Iqaluit latają samoloty do innych miejscowości położonych w Nunavut i na Grenlandii. Cena przelotu z Ottawy do Iqaluit to około 1500 CAD.

Zakwaterowanie

Hotele są dość drogie. Najtańszy nocleg w Mariner Lodge kosztuje około 125 CAD. W Sylvia Grinnell Park znajduje się darmowy, czynny latem kemping, gdzie można rozbić namiot. Zimą niestety infrastruktura kempingu jest nieczynna. Około 7 km od Iqaluit znajduje się chata, w której można się zatrzymać (jej współrzędne geograficzne to N63 47 12.6 W68 37 07.2 lub w skali UTM – 19 V 518794 7073121). Noclegi można sprawdzić na stronach nunavuttourism.com

Ceny

Ceny są nieznacznie wyższe niż w części kontynentalnej Kanady, niewiele wyższe niż w Polsce.

Najważniejsze punkty trasy Iqaluit – Robert Peel Inlet


(punkty namierzone GPS Garmin 32, więc niedokładność może sięgać do 100 m)

O wyprawie w mediach


Artykuł w Biuletynie RDLP w Toruniu, część pierwsza – zobacz »

Artykuł w Biuletynie RDLP w Toruniu, część druga – zobacz »

Artykuł w wydaniu magazynowym Nowości i Expressu Bydgoskiego – zobacz »