Każdy prawdziwy polarnik powinien choć raz zawitać na Grenlandię, dlatego też postanowiłem tak jak Fridtjof Nansen w 1888 roku przejść największą wyspę świata z jej wschodniego krańca na zachodni.
Początkowo zamierzałem zrobić trawers samotnie na przełomie marca i kwietnia jednak nie dostałem pozwolenia z Danish Polar Center. Duńczycy obowiązkowo wymagają aby w wyprawie brały udział co najmniej 2 osoby w terminie między 1 kwietnia a 15 października. W związku z tym namówiłem na wyprawę Rafała Króla, z którym wspólnie w 2001 roku przeszedłem Spitsbergen.
Przejście Grenlandii ze wschodniego na zachodnie wybrzeże trasą liczącą 550 km zdecydowaliśmy się rozpocząć w 2 połowie sierpnia i liczyliśmy, że w 28 dni uda nam się dotrzeć do celu. Niemal 3 miesiące czekaliśmy na uzyskanie pozwolenia z Danish Polar Center, zatwierdzającego termin i trasę naszego przejścia przez lądolód grenlandzki. Kiedy otrzymaliśmy je pod koniec czerwca zakupiliśmy bilety lotnicze i przygotowaliśmy sprzęt do wysłania cargiem na Grenlandię. Niestety nie udało załatwić się transportu ekwipunku bezpośrednio z Gdańska do Kulusuk na Grenlandii, tylko do Reykjaviku na Islandii skąd dopiero po przewiezieniu do Keflaviku mogliśmy wysłać go dalej do miejsca przeznaczania. W związku z tym 13 sierpnia poleciałem na Islandię, gdzie na początku sierpnia wysłaliśmy nasz sprzęt, aby załatwić formalności z przesłaniem go cargiem na Grenlandię. Dopełnienie wszystkich formalności zajęły mi cały następny dzień, do późnego popołudnia. Wieczorem udałem się na położony niedaleko lotniska międzynarodowego w Keflaviku camping, znajdujący się w niewielkiej miejscowości Gardur (znałem go z mojej poprzedniej wyprawy na Islandię w 2006 roku). Tam spędziłem trzy dni oczekując na przylot Rafała na Islandię. Przybył on na wyspę w nocy 16 sierpnia i razem udaliśmy się do Reykjaviku skąd następnego dnia mieliśmy lot do Kulusuk na Grenlandii. Noc spędziliśmy w namiocie przy samym lotnisku, więc wczesnym rankiem byliśmy już po odprawie i gotowi do drogi.
Do Kulusuk dotarliśmy po godzinie dziesiątej (4 godziny do tyłu od czasu polskiego). Od razu po przybyciu odebraliśmy sanie z cargo a zaraz po tym udałem się do pobliskiego hotelu „Kulusuk” zorganizować transport do Ammassalik, miejscowości położonej na sąsiedniej wyspie. Na szczęście nie było to trudne i chwile potem łodzią motorową miejscowy Innuit (za 1500 koron duńskich) wiózł nas do Ammassalik. Tam kupiliśmy paliwo, powiadomiliśmy policję o wyprawie (co jest obowiązkową procedurą, ponieważ każda wyprawa przed wyruszeniem na lądolód musi zgłosić rozpoczęcie wyprawy lokalnym władzom), która przeprowadziła inspekcje naszego sprzętu oraz załatwiliśmy transport do czoła lądolodu – zatoki Nagtivit. Morze, po którym płynęliśmy motorówką pełne było gór lodowych i kawałków lodu, które wiozący nas Innuit musiał, co chwilę omijać. Co jakiś czas przepływała obok nas foka albo wieloryb. Do czoła lodowca dotarliśmy po półtoragodzinnym rejsie. Spotkaliśmy tam trójkę Hiszpanów, którzy na kilka dni przypłynęli, aby zasmakować życia na lądolodzie. Pierwszy raz postawiliśmy swe stopy na lodzie Grenlandii o szesnastej i zaraz po tym przystąpiliśmy do przetransportowania naszego ekwipunku w górę lądolodu. Temperatura sięgała nieco ponad 0 stopni oraz padał deszcz.
Rankiem po spakowaniu obozu ruszyliśmy w górę lądolodu. Teren szybko stał się trudny do przejścia. Pojawiło się wiele głębokich na kilkanaście metrów szczelin oraz rzeki. Wszystko to musieliśmy omijać nadkładając drogi lub przechodzić przeciągając lub przenosząc nad nimi nasze ważące 85 kg sanie. Przez pierwsze dni szliśmy nie używając nart ani raków, bo tak było wygodniej. Na nocleg udało nam się znaleźć kawałek płaskiego terenu. Temperatura spadła nieznacznie poniżej zera i przestał padać deszcz. W moich saniach puścił pierwszy nit i to ten od pasa ściągającego. Do końca wyprawy z powodu ciągłego uderzania sań w lód podczas przechodzenia szczelin, puściły prawie wszystkie nity oraz wszystkie pasy ściągające uległy zniszczeniu.
Z rana teren był nadal bardzo poszczeliniony. W jedną ze szczelin wpadłem po tym jak załamał się pode mną most śnieżny. Na szczęście szczelina nie była głęboka, poza tym sanie mnie utrzymały a Rafał pomógł mi się wydostać. Po przejściu około 3,5 kilometra szczeliny skończyły się ale za to pojawiły rzeki i muldy. Jednak były znacznie łatwiejsze do pokonania. Niestety podczas przechodzenia rzek do sań dostała się woda i cześć żywności zamokła. Wieczorem musiałem wszystko przejrzeć, osuszyć i przepakować, aby nie stracić zapasów żywności. Kiedy skończyły się rzeki i muldy zaczął się mokry śnieg pokrywający niewielkie szczeliny z wodą, w które co róż wpadaliśmy po kolana lub po pas. Do końca dnia mieliśmy kompletnie mokre buty i spodnie. Jednak dzięki temu, że wieczorem świeciło słońce i było 0 stopni do następnego ranka niemal wszystko wyschło.
Do wieczora szło się całkiem nieźle. Teren był w miarę równy, pokryty przewianym śniegiem i bez szczelin, na które jednak ponownie trafiliśmy wieczorem. Do tego zaczął wiać bardzo silny wiatr. Mieliśmy trudności z rozstawieniem namiotów. Musieliśmy zrobić to na szczelinie przykrytej starym śniegiem gdyż tylko tam udało się nam wkręcić śruby lodowe mocujące namiot, poza tym wiatr był tak silny, iż musieliśmy stawiać namioty w dwójkę. Kiedy próbowałam sam postawić namiot wiatr od razu złamał mi dwa maszty. Wymieniłem je szybko na zapasowe i przy pomocy Rafała, który przytrzymywał maszty, aby ich wiatr ponownie nie złamał postawiłem namiot. Potem pomogłem Rafałowi w postawieniu jego namiotu. Podczas przygotowywania kolacji naprawiłem złamane maszty. Temperatura zaczęła spadać poniżej -10 stopni, co z wiejącym huraganowym wiatrem dawało temperaturę odczuwalną znacznie poniżej -25°C. Zdecydowaliśmy się więc następnego dnia wymienić nasze Goretex'y na zimowe anoraki oraz buty.
Wiatr nieco zmalał. W ciągu 3 godzin udało nam się wyjść poza obszar ze szczelinami i wejść na płaski teren pokryty przewianym śniegiem. Szliśmy bez nart, bo teren na to pozwalał a dzięki temu szło się szybciej. Temperatura w ciągu dnia, dzięki świecącemu słońcu podniosła się do 0 stopni, jednak wieczorem powrócił mróz.
Od rana wiał lekki wiatr, temperatura odczuwalna wynosiła około -25°C, jednak w ciągu dnia temperatura podniosła się do -8°C. Szło się doskonale, dzięki czemu udało się nam pokonać najdłuższy dystans podczas tej wyprawy. Dzień był ładny i słoneczny.
Nadal mieliśmy lekki wiatr i temperaturę około -15°C oraz świeciło słońce. Do tego teren był równy, dzięki czemu znów udało nam się przejść sporo kilometrów.
Słońce przestało świecić i od rana mieliśmy white out. Spadł świeży śnieg i szło się bardzo ciężko. Często musiałem sprawdzać pozycję i kierunek na kompasie, aby nie zboczyć z kursu. Próbowaliśmy uruchomić telefon satelitarny, jednak nie udało się nam i nie działał on już do końca wyprawy. Temperatura podniosła się do -5°C.
Bardzo ciężki dzień. Spadło dużo świeżego śniegu, który padał cały dzień. Do tego od rana wiał wiatr i był white out. Nawigowałem na zastrugi, które utworzyły się prostopadle do naszego marszu. Dwie godziny przed rozbiciem obozu zobaczyliśmy stado bernikli lecących w poprzek lądolodu, ale w przeciwnym kierunku niż szliśmy. To pierwsze zwierzęta, jakie spotkaliśmy na lądolodzie od początku wyprawy.
Rano warunki pogodowe były dobre. Wiał lekki wiatr a temperatura sięgała niespełna -10°C. Niestety około godziny jedenastej, zaczął padać mokry śnieg i pojawił się white out. Temperatura od razu podniosła się do +3°C. Szło się bardzo trudno. Umieściliśmy na moich saniach kompas, aby nie uruchamiać, co chwilę GPS’a. Szliśmy na azymut 310. Rafał, który szedł z tyłu mówił mi tylko czy mam skręcić w lewo czy w prawo, jeśli gubiłem kierunek. Wieczorem się wypogodziło, więc zdecydowaliśmy się iść 40 minut dłużej, aby nadrobić nieco straconych kilometrów.
Od rana mieliśmy ładną pogodę. Temperatura wahała się od -20°C rano i wieczorem, do -10°C w ciągu dnia. Niestety świeży śnieg, który spadł dzień wcześniej bardzo utrudniał marsz. Około szesnastej musiałem zmienić się z Rafałem na prowadzeniu, bo byłem strasznie zmęczony i nie miałem już siły dalej przecierać szlaku. Zdecydowaliśmy się od następnego dnia robić zmiany, co godzinę, bo śnieg zbyt utrudniał nam marsz i dla jednej osoby prowadzenie przez cały dzień było zbyt męczące. Mimo 12 godzin marszu ledwo udało nam się pokonać 18 km.
Dzięki temu, że w nocy temperatura spadła poniżej -20°C śnieg zrobił się zbity i od rana dobrze się szło. Cały dzień wiał nam w plecy słaby wiatr, pomagając nieco w marszu. Widoczność była niezbyt dobra z powodu braku słońca, więc znów szliśmy na kompas – azymut 308. Dołożyłem jedną dodatkową skarpetę by nie odmrozić sobie palców, bo zacząłem odczuwać ból w dużym palcu prawej nogi, który kiedyś odmroziłem sobie delikatnie na Baffin Island. Zmiany, co godzinę przyniosły rezultat i znów zrobiliśmy ponad 20 km.
Od rana była słaba widoczność, jednak wieczorem pokazało się słońce i niebo zrobiło się bezchmurne, przez co temperatura spadła znacznie poniżej -20°C. Mieliśmy warunki pogodowe podobne do tych, jakie rok wcześniej mieli na Grenlandii chłopaki z Wazari Team Poland i 121 lat temu Nansen. Zastanawiamy się gdzie to globalne ocieplenie, bo z pewnością nie tu na Grenlandii.
Ranek zaczął się słonecznie i mroźnie. W ciągu dnia temperatura podniosła się z -20°C do -5°C. Około godziny szesnastej pękło Rafałowi prawe wiązanie w narcie więc musieliśmy zakończyć system zmianowy przy prowadzeniu i ponownie ja musiałem prowadzić od rana do wieczora. Rafał do końca dnia szedł na nartach stosując sprężynę mocującą but do wiązania. Zdecydowaliśmy, że od następnego dnia będzie szedł bez nart, a ja będę przecierał szlak. Tak miało być szybciej. Na szczęście śnieg, który spadł parę dni wcześniej zrobił się przewiany i twardy, dzięki czemu szło się łatwiej.
Dzień od rana był słoneczny. Temperatura, która z rana wynosiła -12°C w ciągu dnia podniosła się do -4°C. Wieczorem ponowie spadła poniżej -12°C a w nocy było bardzo zimo – znacznie poniżej -25°C. Szło się doskonale a i z nawigowaniem oraz utrzymaniem kursu nie było problemów.
Jak przystało na początek września dzień był bardzo zimny. Rano założyłem dodatkowe spodnie ponieważ temperatura sięgała poniżej -25°C. Później w ciągu dnia, kiedy temperatura nieco wzrosła, zdjąłem je bo było mi w nich za ciepło. Warunki pogodowe były całkiem niezłe – jak w kwietniu na Spitsbergenie. Powoli zaczynaliśmy odczuwać, że schodzimy w dół. Na kolację dostałem od Rafała suszone warzywa. Podzieliłem je na cztery porcje i dodawałem do kuskus i puree, przez co znacznie zyskały na smaku.
Widoczność w ciągu dnia była słaba z powodu braku słońca. Wiejący wiatr dawał odczuwalną temperaturę podczas marszu około -20°C ale w nocy temperatura spadła poniżej -30°C. Wysokość zaczęła już poważnie się obniżać, poza tym do DYEII – opuszczonej amerykańskiej bazy z czasów zimnej wojny zostało nam niespełna 16.5 km. Niestety nadal nie było jej widać. Wieczorem w końcu pojawiło się słońce a wraz z nim nadzieja na ładny następny dzień.
Od rana wiał bardzo silny wiatr i było bardzo zimno. Ruszyliśmy przed siódmą by jak najwcześniej dotrzeć do bazy DYEII aby mieć jak najwięcej czasu na jej zwiedzenie. Zauważyliśmy ją z niespełna 9 km. Co jakiś czas znikała z powodu wiejącego z drobnym śniegiem wiatru ale ostatecznie pojawiła się 4 km przed jej osiągnięciem. Za nim do niej dotarliśmy musieliśmy przekroczyć dobrze utrzymany pas startowy. Jak się później dowiedzieliśmy jest on od czerwca do września wykorzystywany przez lotnictwo wojskowe USA do treningów. Piloci trenują tu lądowanie Herkulesami na lodzie przylatując z baz znajdujących się w Ameryce. Do DYEII dotarliśmy po czternastej czasu lokalnego. Sanie zostawiliśmy na zewnątrz a do środka zabraliśmy tylko plecaki ze śpiworami i jedzeniem. Przez kilka godzin zwiedzaliśmy bazę robiąc zdjęcia i kręcąc materiał na kamerze. Baza była bardzo zdewastowana i straszny był w niej bałagan. Niesamowite ważenie zrobiły na nas opuszczone jakby przed chwilą pomieszczenia mieszkalne, pełen żywności magazyn oraz olbrzymi radar znajdujący się pod kopułą. Dla uczczenia pokonania 2/3 trasy zrobiliśmy na kolację mus czekoladowy, który miał z sobą Rafał. Otworzyliśmy jedną ze znalezionych puszek z mieloną kawą i zaparzyliśmy dwie „lurowate” kawy. Chcieliśmy skorzystać jeszcze z zapasów żywności ale nie pachniały one po rozmrożeniu zbyt dobrze więc nie ryzykowaliśmy ich jedzenia. Noc spędziliśmy w kantynie na materacach z łóżek przyniesionych z pokoi, w których spała obsługa stacji.
Rano podczas pakowania sanek przeleciała koło nas białorzytka. Ciekawe co tam robiła – czyżby też chciała pokonać lądolód? Po pokonaniu 13 km od DYEII baza zniknęła nam całkowicie z oczu. Dzień był słoneczny a wiatr niezbyt mocny więc szło się dobrze, dlatego też zrobiliśmy sporo kilometrów i to mimo tego, że ruszyliśmy po ósmej trzydzieści – półtorej godziny później niż zwykle.
Rano przy moim namiocie usiadła czeczotka, a w czasie marszu przeleciała koło nas bernikla obrożna. Byliśmy coraz bliżej wybrzeża więc zaczęły pojawiać się ptaki. Dzień był słoneczny ze słabym wiatrem więc szło się doskonale. Ponownie dystans jaki przeszliśmy przekroczył 30 km. Temperatura w ciągu dnia wahała się miedzy -10°C a -15°C. Zacząłem non stop odczuwać głód – to znak, że zużyłem już całą tkankę tłuszczową i powoli zaczynałem spalać mięśnie. Zamarzyła mi się tradycyjnie jajecznica.
Bardzo zimny poranek. Temperatura odczuwalna znów spadła do -30°C. Słońce coraz później zaczęło wschodzić i coraz szybciej zachodzić, dla tego postanowiliśmy skrócić przerwy i iść 15 minut krócej aby było więcej czasu na rozbijanie namiotów. Podczas marszu spotkaliśmy koryto dawnej rzeki, która płynęła po lądolodzie latem. We wrześniu była już zamarznięta. Lód powoli stawał się nierówny i pojawiały się muldy, był to znak, że jesteśmy coraz niżej.
Ranek zaczął się dobrze, trochę wiało ale dało się iść. Jednak w ciągu dnia wiatr przybierał na sile aż w końcu uniemożliwił nam dalszy marsz. Pojawił się white out i o w pół do drugiej po południu, po tym jak Rafał wpadł w szczelinę, podjęliśmy decyzje o rozbiciu obozu i przeczekaniu nawałnicy. Namioty postawiliśmy dość szybko ale w terenie obfitującym w szczeliny. W ciągu dnia podczas marszu mijaliśmy zamarznięte jeziora, które dość trudno przy silnym wietrze było pokonać gdyż bez raków ślizgaliśmy się na lodzie popychani przez wiatr. Na szczęście zrobiło się ciepło – niespełna -5°C dzięki czemu nawet przy silnym wietrze nie marzliśmy zbytnio, a kiedy to na 2 godziny pod wieczór wyszło słońce temperatura w namiotach podniosła się powyżej 0.
Z samego rana nadal wiał silny wiatr ale koło godziny siódmej zaczął powoli słabnąć. W związku z tym spakowaliśmy obóz i o dziewiątej byliśmy już w drodze. Podczas marszu natknęliśmy się na szczeliny a potem pojawiły się rzeki. Aby nadrobić stracony czas odpoczynki postanowiliśmy robić co 2 godziny a nie jak zawsze co godzinę. Pod koniec dnia musieliśmy iść zamarzniętymi rzekami. Niestety jedna z nich nie zamarzła do końca i do wody wpadły mi sanie. Trochę zamoczyłem sprzęt przez co musieliśmy rozbić obóz wcześniej abym mógł to wysuszyć. Wieczór był ładny i niezbyt mroźny więc spokojnie rozbiłem namiot, przejrzałem rzeczy i osuszyłem to co mi zamokło.
Cały dzień szliśmy przez wytopiska i szczeliny. Co chwile wpadaliśmy w dziury wypełnione wodą i pokryte cienkim lodem. Większość z nich była niezbyt głęboka i wpadała w nie tylko stopa ale w niektóre wpadaliśmy po kolana lub po pas. Buty i spodnie mieliśmy kompletnie mokre. Postanowiliśmy rzeczy ponownie zmienić na Gortex’y aby uchroniły nas przed wilgocią. Obóz rozbiliśmy wśród szczelin. Przy użyciu kuchenki wysuszyłem sobie większość mokrych rzeczy.
Z rana jak tylko ruszyliśmy trafiliśmy na pole seraków i olbrzymie szczeliny głębokie na kilkadziesiąt metrów i szerokie na kilka. Niektóre omijaliśmy ale większość z nich przeszliśmy po mostach utworzonych z zeszłorocznego śniegu. Po pokonaniu pola seraków pojawiły się wytopiska a koło czternastej znów natrafiliśmy na pole seraków i szczeliny. Pogoda w ciągu dnia była dobra choć było pochmurno. Obóz rozstawiliśmy na twardym lodzie przez co nie udało nam się namiotów dobrze zakotwiczyć do podłoża. Na szczęście nie było wiatru i namioty utrzymały się na lodzie.
Teren zrobił się bardzo trudny. Pojawiły się szerokie rwące rzeki i głębokie kaniony. Pierwszą napotkaną rzekę staraliśmy się ominąć ale następne przechodziliśmy już w bród. Szukaliśmy miejsca gdzie była najpłytsza a prąd na tyle słaby aby dało się przejść z saniami. Do tego brzegi rzeki musiały być dość łagodne aby dało się wciągnąć na nie sanie. Jeśli prąd był zbyt szybki, przechodziłem pierwszy a Rafał rzucał mi na drugi brzeg linę. Podczepiał do niej sanie i przeciągaliśmy je na drugą stronę. Przez cały dzień walczyliśmy z rzekami przez co od pasa w dół byliśmy kompletnie przemoczeni. Także sanie i sprzęt na nich był wilgotny mimo, że popakowaliśmy go w wodoodporne pokrowce. Na szczęście temperatura oscylowała w dzień wokół zera i nie odmroziliśmy sobie stóp. Wieczorem wszystko jednak zamarzło i rano trudno było założyć buty i spakować sanie. Na nocleg rozbiliśmy się na niewielkim suchym skrawku lodu jaki udało się nam znaleźć. Wiatr był słaby więc mimo, że namioty przymocowaliśmy niezbyt dobrze do podłoża wytrzymały do rana.
Obóz zwinęliśmy wcześnie i ostro ruszyliśmy do przodu aby jak najszybciej dotrzeć do krańca lądolodu gdyż według GPS’u zostało do niego raptem 5 km. Jednak po przejściu niespełna kilometra musieliśmy zostawić Rafała sanie bo nie dało się z nimi iść. Co chwilę się wywracały znacznie opóźniając tym marsz. Postanowiliśmy dojść do brzegu lądolodu tylko z plecakami i moimi saniami, które były węższe i niższe. Dzięki temu łatwiej posuwały się wydłuż lodowych strumieni i lepiej przechodziły przez muldy oraz kaniony jakie napotykaliśmy na swojej drodze. Po dotarciu do brzegu lądolodu zamierzaliśmy rozbić obóz, rozpakować plecaki i wrócić z nimi po sanie Rafała. W związku z tym, że strumienie biegły dokładnie w kierunku naszego marszu, a poruszaliśmy się niemi szybciej niż pokonując wzniesienia lodowe i doliny, postanowiliśmy posuwać się nimi. Mimo, że oznaczało to brodzenie po kolana w lodowej kaszy. Około południa dotarliśmy do krańca lądolodu. Rozstawiliśmy tam mój namiot zostawiając w nim wszystko co mieliśmy w plecakach oraz moje sanie. Wzięliśmy namiar obozu na GPS i z pustymi plecakami wróciliśmy do pozostawionych na lodzie sań. Drogę, która wcześniej zabrała nam 5 godzin, bez obciążenia pokonaliśmy w półtorej. Do Rafała sań udało nam się dotrzeć po naszych wcześniejszych śladach i to pomimo padającego śniegu i wiejącego wiatru, który nie zdołał jednak ich zasypać całkowicie. Przepakowaliśmy sprzęt do plecaków dzięki czemu sanie stały się niższe i lżejsze przez co nie przewracały się już. O godzinie szesnastej trzydzieści ponownie osiągnęliśmy brzeg lądolodu tym razem jednak mając już w obozie sprzęt w komplecie. Mimo, że dystans w tym dniu według GPS wyniósł 5.3 km to tak naprawdę pokonaliśmy około 15 km. Rafał zajął się rozbijaniem namiotu a ja ruszyłem na poszukiwanie końca drogi biegnącej do lądolodu z Kangerlussuaq – tzn. punktu 660. Udało mi się ją znaleźć po godzinnym poszukiwaniu i okazała się, że rozbiliśmy obóz niespełna 850 metrów od niej.
Następnego dnia rano spakowaliśmy sanie i ruszyliśmy do punktu 660, gdzie zdeponowaliśmy nasz sprzęt. Rafał został przy nim aby go przypilnować a ja ruszyłem drogą w kierunku Kangerlussuaq aby załatwić transport. Do miasta miałem 30 km ale miałem nadzieję, że uda się wcześniej zatrzymać jakiś samochód z turystami jadącymi zobaczyć lądolód. Szczęście mi dopisało i po niespełna godzinnym marszu zatrzymałem samochód z dwóją Duńczyków – pilotów wojskowych. Bez problemów zapakowaliśmy nasz sprzęt do ich samochodu i po południu byliśmy już rozbici na kampingu w Kangerlussuaq. W poniedziałek rano poszliśmy na lotnisko kupić bilety powrotne jednak okazało się, że nie jest to łatwe. Wszystkie miejsca były zajęte do końca tygodnia. Jedynie dwa miejsca w biznes klasie na czwartek 17 września do Kopenhagi były dostępne. Nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy je zakupić. Czas do wyloty poświęciłem na zwiedzanie okolicy Kangerlussuaq. Udało mi się nawet spotkać woła piżmowego w górach znajdujących się w pobliżu miasta. Mieszkańcy Kangerlussuaq szybko dowiedzieli się o naszej wyprawie i wiele osób zaczepiało nas wypytując o szczegóły wyprawy. Na kampingu poznaliśmy bardzo sympatyczna parę młodych Niemców, którzy przylecieli na Grenlandię na 2 tygodniowy urlop. Ostatnią noc spędziliśmy na lotnisku aby oszczędzić nieco gotówki, ponieważ czekały mnie jeszcze spore wydatki związane z opłaceniem nadbagażu na trasie z Kopenhagi do Warszawy. Wieczorem 17 września dotarliśmy do Kopenhagi gdzie spędziliśmy noc na lotnisku. Lot do Warszawy mieliśmy rano więc przed południem byliśmy już w Polsce. Tam przywitała nas ekipa telewizyjna Teleexpressu oraz kilka osób, które śledziły naszą wyprawę. Ja zostałem w Warszawie a Rafał poleciał dalej do Gdańska. Do wieczora załatwiałem sprawy związane z telewizją po czym pojechałem do przyjaciół z Pruszkowa na noc. Wczesnym rankiem zawieźli minie na autobus do Warszawy, którym około godziny siedemnastej dotarłem do domu, kończąc tym samym przeszło miesięczną wyprawę na Grenlandię.
Do Kulusuk można dolecieć samolotem z Reykjaviku liniami Air Island (www.airiceland.is) a na samą Islandię najtaniej dolecieć z Berlina liniami Iceland Express (www.icelandexpress.com). Kangerlussuaq to główne lotnisko na Grenlandii skąd latają samoloty do większość miejscowości na wyspie. Dostać się tam można z Kopenhagi liniami Air Greenland (www.airgreenland.com). Istnieje także opcja dostania się do Kangerlussaq z Kanady z Iqaluit liniami First Air (www.firstair.ca).
Hotele są bardzo drogie. Najtańszy nocleg w Polar Lodge (www.wogac.com) kosztuje w pokoju jednoosobowym 650 koron duńskich. Nocleg na campingu kosztuje 75 koron duńskich, jednak nie jest na nim zbyt dobrze rozwinięta infrastruktura. Prysznic można wziąć się w Polar Lodge. Noclegi można sprawdzić na stronach (www.greenland.com).
Ceny są znacznie wyższe niż w Danii, i kilkakrotnie wyższe niż w Polsce. Chleb kosztuje około 20 koron duńskich, 0,5 kg parówek 25 koron duńskich.
Ogólne informacje turystyczne o Grenlandii można znaleźć na www.greenland.com. Główni touroperatorzy to www.greenland-guide.gl i www.wogac.com osoby myślące o poważniejszej wyprawie na Grenlandię mogą zajrzeć na stronę firm organizujących ekspedycje www.expeditiongreenland.com i tangent-expeditions.co.uk oraz na stronę Rządu Grenlandii gdzie znajdują się regulecję dotyczące wypraw przez Grenlandię nanoq.gl.
(punkty namierzone przy pomocy Garmin GPSMAP 76 Csx)
N65 37 34.2 W38 39 55.2 (UTM – 24 W 515412 7278284)
N65 37 13.0 W38 41 17.8 (UTM – 24 W 514358 7277622)
N65 37 16.4 W38 41 25.7 (UTM – 24 W 514256 7277725)
N65 41 14.7 W38 48 39.4 (UTM – 24 W 508685 7285083)
N65 41 46.4 W38 49 02.0 (UTM – 24 W 508394 7286063)
N65 43 11.9 W38 49 39.9 (UTM – 24 W 507904 7288708)
N65 45 02.1 W38 52 55.7 (UTM – 24 W 505401 7292114)
N65 45 14.6 W38 53 31.8 (UTM – 24 W 504942 7292500)
N65 47 59.1 W38 59 57.6 (UTM – 24 W 500030 7297590)
N65 51 29.9 W39 14 22.0 (UTM – 24 W 489072 7304138)
N65 52 27.3 W39 15 44.3 (UTM – 24 W 488037 7305917)
N65 56 03.0 W39 39 29.8 (UTM – 24 W 470046 7312729)
N66 00 20.7 W40 17 46.4 (UTM – 24 W 441186 7321159)
N66 04 15.0 W40 55 58.5 (UTM – 24 W 412526 7329154)
N66 07 23.3 W41 26 08.5 (UTM – 24 W 390007 7335772)
N66 10 10.1 W41 48 57.2 (UTM – 24 W 373080 7341653)
N66 12 17.2 W42 14 04.2 (UTM – 23 W 624477 7345484)
N66 14 20.7 W42 37 56.1 (UTM – 23 W 606437 7348572)
N66 15 30.9 W43 08 47.0 (UTM – 23 W 583267 7349967)
N66 16 59.2 W43 38 58.0 (UTM – 23 W 560613 7352120)
N66 20 05.8 W44 09 35.9 (UTM – 23 W 537625 7357497)
N66 22 41.6 W44 45 36.1 (UTM – 23 W 510729 7362090)
N66 26 48.5 W45 18 47.6 (UTM – 23 W 486034 7369749)
N66 28 57.3 W45 56 00.8 (UTM – 23 W 458433 7374011)
N66 29 33.6 W46 18 44.6 (UTM – 23 W 441590 7375440)
N66 37 03.8 W46 48 54.6 (UTM – 23 W 419623 7389934)
N66 42 39.2 W47 28 18.0 (UTM – 23 W 390975 7401311)
N66 50 06.2 W48 03 24.0 (UTM – 22 W 629166 7416044)
N66 52 24.9 W48 25 14.7 (UTM – 22 W 613019 7419627)
N66 55 12.5 W48 53 18.4 (UTM – 22 W 592356 742404)
N67 00 25.3 W49 21 08.4 (UTM – 22 W 571815 7433114)
N67 05 39.4 W49 41 22.1 (UTM – 22 W 556917 7442488)
N67 07 36.2 W49 55 36.1 (UTM – 22 W 546553 7445908)
N67 07 56.3 W49 56 48.3 (UTM – 22 W 545673 7446517)
N67 08 47.1 W50 02 11.1 (UTM – 22 W 541760 7448025)
N67 09 05.2 W50 02 28.6 (UTM – 22 W 541541 7448585)
N67 09 08.5 W50 02 57.3 (UTM – 22 W 541195 7448680)