Transarctica - wyprawy polarne


Grenlandia – 2011

Którędy do Kanady Pani Herbert?

Po czterech dniach podróży docieramy w końcu do Qaanaaq, najdalej na północ położonej osady na Grenlandii, gdzie dolatują rejsowe samoloty. Dalej na północ znajduje się jeszcze oddalona o 40 km od Qaanaaq wioska Siorapaluk, jednak tam dostać można się już jedynie helikopterem, latem łodzią a zimą psim zaprzęgiem lub tak jak my pieszo po zamarzniętym morzu.

Jest koniec lutego więc temperatury sięgają poniżej –35°C a dzień trwa raptem kilka godzin. Do tego wędrujące nisko nad horyzontem słońce nie daje ani odrobiny ciepła. Dla mnie i dla Michała Bobruka, z którym wspólnie zamierzam przejść z Grenlandii do Kanady nie jest to jednak zbyt duża niedogodność. Jesteśmy do takich warunków bardzo dobrze przygotowani, poza tym mamy nadzieję, że przy tak niskich temperaturach lód na morzu będzie wystarczająco gruby aby można było pokonać kilkudziesięciokilometrowy przesmyk oddzielający Grenlandię od kanadyjskiej Wyspy Ellesmar’a. Na jej południowym krańcu znajduje się osada Grise Fiord, do której zamierzamy dotrzeć z Qaanaaq po czterdziestu dniach marszu. Jednak zanim ruszymy w trasę musimy załatwić w miasteczku kilka spraw. Przede wszystkim odebrać z poczty paczki z naszą żywnością, którą wysłałem z Polski prawie pięć tygodni wcześniej. Kupić paliwo do kuchenek, broń i amunicję do obrony przed niedźwiedziami polarnymi oraz zgłosić się na policję aby powiadomić ich o wyprawie. Załatwienie wszystkich formalności zajmuje nam 2 dni, ponieważ życie w Qaanaaq płynie powolnym i spokojnym rytmem a sklepy i urzędy otwarte są tylko kilka godzin w ciągu dnia. W załatwianiu wszystkich spraw bardzo pomaga nam właściciel Hotelu Qaanaaq Hans Jensen mimo, że nie wynajęliśmy u niego pokojów ale śpimy w namiotach rozbitych nieopodal jego hotelu. Podczas jednej z rozmów z Hansem dowiadujemy się, że tydzień przed nami w kierunku Kanady wyruszyła dwu osobowa ekipa niemiecko-czeska także z zamiarem dotarcia na Wyspę Ellesmer’a. Ostrzega nas także, że z powodu ciepłej, tegorocznej zimy (w grudniu było prawie +7°C i padał deszcz) lód na morzu utworzył się później niż zwykle i jest znacznie cieńszy niż w poprzednich latach, co może nam uniemożliwić przedostanie się do Kanady. Jednak nie zamierzamy rezygnować z planów i o stanie lodu chcemy przekonać się na własne oczy.

Myśliwi z Siorapaluk

Qaanaaq opuszczamy 25 lutego po południu i udajemy się po lodzie morskim na północ. Każdy z nas ciągnie ze sobą na saniach 120 kilogramowy ekwipunek, który pozwoli przetrwać nam w lodach Arktyki nawet najbardziej ekstremalne warunki. Michał ma połączone ze sobą, ustawione jedna za drugą, dwie sztuki niewielkich sanek ja natomiast ciągnę jedne duże. Pierwszy nocleg zastaje nas niedaleko lotniska oddalonego o 5 km od miasteczka. W ciągu następnych trzech dni udaje nam się pokonać dystans dzielący Qaanaaq od Siorapaluk, gdzie docieramy późnym popołudniem przed zachodem słońca. Jak się dowiadujemy zaraz po dotarciu do wioski od witających nas Innuitów, kiedy pojawiliśmy się na fiordzie, zostaliśmy wzięci za dwa niedźwiedzie polarne i na nasze spotkanie wyruszyło trzech myśliwych. Zawrócili oni jednak wkrótce po tym jak zorientowali się, że to nie wypatrywane przez nich niedźwiedzie a dwójka maszerujących po lodzie polarników. Wieczór w Siorapaluk spędzamy w gościnie u najlepszego myśliwego rejonu Thule, Iku Oshima. Wyruszając na wyprawę zabrałem ze sobą z Polski książkę Kari Herbert „Córka Polrnika”, w której autorka opisuje swój pobyt w Qaanaaq i Siorapaluk. Jest to kopalnia wiedzy o rejonie Thule oraz o jej mieszkańcach. Jedną z opisywanych w książce osób jest właśnie Iku Oshima, Japończyk, który kilkadziesiąt lat temu przybył na Grenlandię z kolegą himalaistą aby eksplorować niezdobyte szczyt północnej Grenlandii. Jednak tak spodobało mu się życie tutejszych ludzi i przepiękne krajobrazy, że osiedlił się w Siorapaluk na stałe, ożenił z miejscową Innuitką i został myśliwym. Spędzamy u Iku kilka godzin delektując się wspaniałym shusi z halibuta złapanego przez niego w pobliskim fiordzie, wsłuchując się w opowieści o polowaniach oraz o jego życiu. Iku radzi nam także jak najlepiej dotrzeć do Etah – dawnej osady, skąd niegdyś Innuici wyruszali do Kanady i skąd my także zamierzamy rozpocząć marsz ku Wyspie Ellesmer’a. Niestety nie mamy przy sobie map, które zostawiliśmy w rozbitych nad fiordem namiotach, więc znamy tylko opis drogi a nie jej dokładny przebieg na mapie. Będzie to potem niestety powodem sporej różnicy zdań między mną a Michałem.

W królestwie niedźwiedzi polarnych

Wczesnym rankiem wyruszamy z Siorapaluk w dalszą drogę. Kiedy wioska znika z naszych oczu pojawiają się na śniegu ślady niedźwiedzi polarnych, których jest naprawdę sporo i do tego są bardzo świeże. Sprawdzam więc broń czy wszystko z nią w porządku, przeglądam amunicję w kieszeniach oraz układam zabezpieczony w foli sztucer na saniach. Wprawdzie Iku mówił nam, że tutejsze niedźwiedzie unikają kontaktu z ludźmi ale czasem zdarzają się bardzo głodne lub „szalone”, które atakują ludzi. Dlatego też broń jest nam niezbędna i musi być sprawna w każdym momencie. Iku poradził nam także aby namioty i sanie skropić paliwem do kuchenek (które wyjątkowo mocno śmierdzi), co powinno odstraszać nie tylko niedźwiedzie polarne ale także natrętne lisy polarne, które w poszukiwaniu pożywienia potrafią narobić swoimi zębami dużo szkód w ekwipunku. Na nocleg schodzimy na brzeg, mając nadzieję, że tu niedźwiedzie zaglądają rzadziej. Sanie odciągamy nieco dalej od namiotów ale tak aby były na linii i w zasięgu strzału. Załadowaną broń zabieram do siebie do namiotu aby mieć ją w pobliżu i w razie potrzeby móc szybko ją użyć, natomiast namioty stawiamy bardzo blisko siebie abyśmy mieli kontakt głosowy. W razie niebezpieczeństwa moje lub Michała wołania powinny nas zaalarmować, poza tym śpimy bardzo czujnie wsłuchując się w niemal każdy szmer (choć Michał twierdzi, że mnie to i wystrzały armatnie by nie obudziły). Na szczęście pomimo tego, że podczas wyprawy wiele niedźwiedzi polarnych kręciło się nieopodal nas i naszego obozu, żaden z nich nie zbliżył się zanadto do nas.

Kruchy lód

Szóstego dnia wyprawy, wieczorem, docieramy do starej chaty myśliwskiej Neqe (co w języku Innuitów znaczy „mięso fok”), gdzie zatrzymujemy się na noc. Początkowo nie zamierzaliśmy się do niej kierować, tylko rozbić obóz na fiordzie ale spotkany po drodze Innuita ostrzegł nas, że idzie załamanie pogody i lepiej abyśmy udali się do Neqe na noc. Na szczęście zła pogoda nie trwa długo i rano możemy ruszyć w dalszą drogę. Lód na morzu jest gładki więc przemieszczamy się dość szybko, wieczorem docierając na podnóża lodowca Clements Markham. Iku Oshima poradził nam aby tym lodowcem wspiąć się na lądolód grenlandzki i po nim iść w kierunku Etah tak aby ominąć Kap Alexander gdzie przeważnie napotkać można połamany lód. Wciągnięcie 120 kg na przeszło 1000 m n.p.m. zabiera ma prawie dwa dni mimo, że do pokonania mamy jedynie kilkanaście kilometrów. Wysiłek przy tym jest niewyobrażalny a każdy krok wymaga od nas niemal nadludzkiej siły. W pewnym momencie zastanawiam się nawet czy ta wspinaczka ma sens, ponieważ nasz marsz zostaje spowolniony do kilku kilometrów dziennie, więc nie wiem jak ciężkie musiałyby być warunki lodowe na morzu aby były one warte ominięcia po lądolodzie grenlandzkim. Ostatecznie decydujemy się jednak kontynuować podróż po lodowcu, na którym pogoda bardzo szybko pogarsza się, pozwalając nam jedynie na kilkugodzinny marsz w ciągu dnia. Większość czasu spędzamy w namiotach chroniąc się przed huraganowym wiatrem, dlatego też chcę jak najszybciej zejść z lądolodu ponownie na lód morski za Kap Alexander. Michał obstaje jednak za dalszym marszem po lądolodzie aż do zejścia wprost do Etah. Ostatecznie podejmuje decyzję o zejściu z lądolodu mając nadzieję, że pogoda na morzu będzie znacznie lepsza i ponownie będziemy w stanie robić kilkanaście kilometrów dziennie. Jednak kiedy zachodzimy na lód morski za Kap Alexander okazuje się, że jest on zbyt cienki aby po nim iść. Podczas próby wejścia na wysoki, lodowy brzeg załamuje się pode mną lód i wpadam po pas do wody. Na nieszczęście mam z sobą przewieszoną przez ramię broń, która także wpada ze mną do wody. Michał pomaga mi się wygramolić z kąpieli ja natomiast zaraz po wydostaniu się z wody zmieniam mokre rękawiczki na suche, rozkładam broń na części aby łatwiej było wykruszyć z nich lód oraz wyciągam z kieszeni spodni baterie i GPS (na szczęście jest on wodoszczelny). Temperatura sięga -30°C jednak ubranie polarowe i wełniane skarpety pomimo, że są mokre zapewniają wystarczającą izolację przed mrozem, dzięki czemu nie muszę ich od razu zmienić. Postanawiamy zawrócić do podstawy lodowca i tam rozbić obóz abym mógł się przebrać i wysuszyć rzeczy. Decydujemy się także ponownie następnego dnia rano wejść na lądolód aby tak jak początkowo sugerował Michał po nim ruszyć do zejścia do Etah.

Woda

Podejście na lądolód zajmuje nam cały kolejny dzień. Na szczęście tym razem musi podejść jedynie na 600 m n.p.m.. Po drodze odkrywamy, że po naszych śladach, które zostawiliśmy dwa dni wcześniej schodząc z lądolodu na lód morski, spacerował niedźwiedź polarny. Kiedy zobaczył nasz obóz obszedł go dookoła po zboczu góry, u podnóża której biwakowaliśmy. Kolejny wieczór spędzamy już na lądolodzie. Rankiem pogoda nam sprzyja więc udaje nam się dotrzeć do lodowca, który schodzi do Etah i wieczorem rozbić obóz u jego podnóża. Przemieszczając się po krawędzi lądolodu odnajdujemy sporo śladów zostawianych przez ekipę niemiecko-czeską, jednak schodząc po lodowcu do Etah odkrywamy ich ślady powrotne. Jest to dla nas sygnał, że chłopaki zawrócili w tym miejscu, więc prawdopodobnie przejście do Kanady z Etah jest niemożliwe z powodu cienkiego lodu lub jego braku. Zamierzamy się jednak przekonać o tym na własne oczy. Następnego dnia rano zrywa się silny wiatr, na szczęście wieje on w plecy, więc możemy spokojnie kontynuować marsz w kierunku Kanady. Kiedy mijamy morenę, przy której rozbiliśmy obóz naszym oczą ukazują się zniszczone, stare chaty oraz jedna nowa. Według mapy Etah powinna być 8 km dalej, jednak wydaje mi się nieprawdopodobne aby tu na dalekiej północy Grenlandii istniały tak blisko siebie dwie osady. Ponieważ jest wczesny ranek a my przeszliśmy dopiero 500 m zamierzamy pójść dalej i przekonać się czy Etah to te napotkane chaty czy jednak tak jak wskazuje mapa jest kolejna osada oddalona o 8 km. Po kilku godzinach marszu okazuje się jednak, że nie ma innej osady poza tą napotkaną u podnóża moreny. Decydujemy się więc z Michałem zawrócić do Etah aby odpocząć przed próbą przedostania się do Kanady. W drodze powrotnej idziemy pod wiatr, czasami tak silny, że uniemożliwia nam poruszanie się do przodu. Do chaty docieramy późnym wieczorem. Następnego dnia z powodu bardzo silnego wiatru nie możemy ruszyć się z chaty. Udaje się to nam dopiero dzień później. Po przejściu 11 km stan lodu znacznie pogarsza się aż w końcu pojawia się otwarta woda. Brak jest także lodu brzeżnego co powoduje, że nie możemy iść dalej po morzu ani na zachód ani na północ aby spróbować obejść obszar otwartej wody. Zawracamy więc ponownie do Etah. Niestety przychodzi ponowne załamanie pogody i kolejne dwa dni musimy spędzić w chacie w oczekiwaniu na jej poprawę. Kiedy dwa dni później wiatr słabnie od razu ruszamy na lądolód. Lodowiec. po którym podchodzimy jest bardzo stromy i musimy użyć raków. Na domiar złego po czterech godzinach ponownie załamuje się pogoda i wiatr osiąga siłę huraganu. Podejmujemy decyzję o rozbiciu namiotu, ponieważ niezwykle silny wiatr uniemożliwia nam dalszy marsz. Poza tym widoczność spada prawie do zera i nie chcemy ryzykować chodzenia po omacku po lodowcu. Do tego temperatura odczuwalna sięga niemal –70°C więc obawiamy się odmrożeń. Postawienie w takich warunkach mojego namiotu (decydujemy się postawić tylko jedne namiot i wspólnie przeczekać w nim huragan, dzięki czemu będzie bardziej obciążony) zajmuje nam prawie 2,5h ponieważ najpierw musimy postawić wysoką ścianę ze śniegu aby choć trochę osłabić podmuchy wiatru.

Polarni myśliwi

Rankiem następnego dnia podejmujemy decyzję o powrocie do Qaanaaq. Zużyliśmy już połowę zapasów paliwa i żywności a przy obecnym stanie lodu dotarcie do Grise Fiord w 20 dni jest niemożliwe. W ciągu następnych dwóch dni, dzięki bardzo dobrej pogodzie udaje się nam dotrzeć do lodowca Clements Markham, gdzie spędzamy noc. Ranek wita nas ładną pogodą, która jednak z czasem zaczyna się pogarszać. Zejście po lodowcu nie jest trudne i po południu docieramy do jego podstawy i schodzimy na lód morski. Podejmujemy więc decyzję o dalszym marszu ponieważ pogoda się pogarsza a do chaty Neqe mamy zaledwie kilkanaście kilometrów. Mamy nadzieję, że przed nocą, która obecnie nastaje dość późno, uda nam się do niej dotrzeć i tam przeczekać ewentualne załamanie pogody. Do Neqe docieramy tuż przez zapadnięciem zmroku. Okazuje się, że w chacie przebywa trzech Innuickich myśliwych ze Siorapaluk (Karl, Peter i jego brat Qillaq), którzy zapraszają nas do środka. W nocy pogoda znacznie się pogarsza i panująca na zewnątrz śnieżyca unieruchamia nas na dwa dni. Na szczęście w chacie jest ciepło i przytulnie a Innuici niezwykle przyjaźni. Aby zabić nudę uczę się od nich ich języka oraz sposobu polowania na różne gatunki zwierząt. Myśliwi ze Siorapaluk, do przemieszczania się używają tak jak ich przodkowie psich zaprzęgów a na wiele zwierząt nadal polują przy pomocy harpuna, co wymaga niezwykłej zręczności i siły. Poza tym nawet polowanie przy pomocy broni palnej nie jest łatwe. Zwierzynę trzeba najpierw wytropić, a potem spędzić na mrozie wiele godzin w oczekiwaniu na nią. Do tego trzeba umieć przetrwać w ekstremalnie trudnych warunkach i odnaleźć drogę nawet podczas śnieżycy. Niewielu to potrafi dlatego tylko kilku Inniutów ze Siorapaluk i kilkudziesięciu z Qaanaaq para się obecnie myślistwem.
Poznani przez nasz myśliwi wracali właśnie z udanego polowania dlatego też na kolację mamy mięso foki (nerpik), wątrobę foki (tinuk) oraz halibuta (qaleralik). Wszystko jest zamrożone i surowe ale właśnie w taki sposób jada się posiłki „poza domem”. Do tego Qillaq częstuje nas zamrożonymi, surowymi jajami edredona (mannik) zbieranymi zeszłego lata. My rewanżujemy się czekoladą, orzeszkami oraz budyniem. Koło południa pomimo, że na zewnątrz nadal szleje śnieżyca Peter i jego brat Qillaq ruszają psimi zaprzęgami sprawdzić zastawione sieci na foki. Wracają po dwóch godzinach, niestety z pustymi rękoma. Ranek następnego dnia wita nasz wspaniałą pogodą więc zaraz po śniadaniu wszyscy pakujemy się i ruszamy w drogę. My i Karl do Siorapaluk a Peter i Qillaq na polowanie. Umawiamy się, że za dwa dni jak dojdziemy do ich wioski złożymy im wizytę. Podczas marszu wyraźnie czuć, że dzień wcześniej przyszła wiosna. Słońce świeci wysoko nad horyzontem a temperatury w ciągu dnia sięgają około -20°C. Powoduje to że w południe zrzucamy z siebie anoraki, czapki i rękawiczki a okulary przeciwsłoneczne staja się nieodzowne. Sporo czasu podczas marszu poświęcamy na fotografowanie i kręcenie kamerą, ponieważ w końcu nie marzną przy tych czynnościach palce u rąk. Po minięciu fiordu, nad którym leży Neqe, na lodzie morskim pojawiają się torosy. Na szczęście nasze sanie nie są już tak ciężkie jak miesiąc wcześniej więc bez trudu pokonujemy nierówności na lodzie i według planu następnego dnia wieczorem docieramy do Siorapaluk. Jesteśmy jednak bardzo zmęczeni więc od razu rozbijamy namioty i po kolacji idziemy spać. Wizytę u znajomych myśliwych odkładamy na dzień następny. Rankiem udajemy się wpierw do Karla. Umawiamy się z nim, że jego żona Sara zrobi dla nas tradycyjne innuickie rękawiczki ze skóry foki i niedźwiedzia polarnego (aeqqatit), które chronią przed zimnem znacznie lepiej niż nasze wykonane z polaru. Mamy je odebrać następnego dnia rano. Od Karla udajemy się na wizytę do domu Peter’a. Zastajemy go przed domem podczas ćwiartowania mięsa z niedźwiedzia polarnego. Upolował go wspólnie z bratem dwa dnie wcześniej podczas powrotu do Siorapaluk, nieopodal naszego noclegu. Niedźwiedź nie jest duży ale i tak zapewni braciom godziwy dochód pozwalający utrzymać ich rodziny. Poza tym jego skóra posłuży im do wykonania nowych spodni zwanych nannut oraz do obszycia brzegów rękawic. Po skończonej pracy Peter zaprasza nas do siebie do domu. Pokazuje nam zdjęcia z polowania na niedźwiedzia oraz zaprasza na obiad abyśmy spróbowali mięsa największego drapieżnika Arktyki. Umawiamy się na czwartą, a ponieważ nie minęło jeszcze południe udajemy się na spacer poza wioskę. Przy okazji zamierzamy ponownie odwiedzić Iku Oshime ale dowiadujemy się od Karla, że kilka dni wcześniej wyruszył on na polowanie na woły piżmowe do Etah. Także Karl zamierza nazajutrz w tym samym celu udać się do Etah, jednak jemu będzie towarzyszyć dwójka turystów, którzy zamierzają zebrać materiał zdjęciowy do książki o zwierzętach Arktyki. Dla Karla wyprawy psimi zaprzęgami organizowane dla turystów są ważnym źródłem dochodu i dla tego myśliwi z Siorapaluk dość często parają się tym zajęciem.

Powrót

Następnego dnia rano żegnamy się ze znajomymi myśliwymi i ruszamy w kierunku opuszczonej osady Qeqertarssuaq, znajdującej się na północno-wschodnim cyplu Wyspy Herberta. Docieramy tam po dwóch dniach marszu i na noc zatrzymujemy się w magazynie przylegającym do sklepu. Po mimo, że miejscowość jest opuszczona nie chcemy zajmować żadnej ze znajdujących się tam chat, ponieważ wydaje nam się, że każda z nich ma nadal właściciela i jest używana od czasu do czasu. W Qeqertarssuaq przez wiele lat wraz z żoną i kilkuletnią córką Kari (autorką wspomnianej już wcześniej książki „Córka polarnika”) mieszkał brytyjski polarnik Sir Walter William Herbert, organizator i uczestnik Brytyjskiej Wyprawy Transarktycznej, która na przełomie 1968/1969 przemierzyła Ocean Arktyczny z Alaski na Spitsbergen. Podczas pobytu na wyspie próbujemy odnaleźć chatę, w której mieszkał Sir Walter jednak nie jest to proste. W książce Kari Herbert nie ma zbyt wielu wskazówek, pozwalających na łatwą identyfikację domu. Na szczęście wieczorem do Qeqertarssuaq na nocleg zjeżdżają trzej myśliwi wracający z polowania na morsy i wskazują nam dom Herbertów. Przy okazji zapraszają nas do siebie na kolację oraz na nocleg do jednej z chat, którą zajmują abyśmy nie spali na dwudziestostopniowym mrozie skoro w ich chacie jest ciepło i przytulnie. Z chęcią przystajemy na propozycję i po chwili siedzimy w nagrzanym pomieszczeniu. Michał na kolację zjada zupę z proszku natomiast ja częstuje się na wpółsurowym mięsem upolowanego przez myśliwych morsa. Rankiem nasi gospodarze ruszają do Qaanaaq. My także decydujemy sie opuścić wyspę i wieczorem docieramy na drugi brzeg fiordu aby nocleg spędzić w niewielkiej kabinie myśliwskiej. Zostajemy w niej cały następny dzień, odpoczywając po trudach pięciotygodniowej wędrówki. Samolot powrotny mamy dopiero za kilka dni a do Qaanaaq pozostało nam jedynie 20 km, dlatego też nie spieszymy się zbytnio. Dopiero dwa dni później, w sobotę 2 kwietnia docieramy do Qaanaaq. Namioty rozbijamy na obrzeżach miasta i idziemy w odwiedziny do Ondreja i Georga – uczestników wyprawy, która wyruszyła do Kanady tydzień przed nami. Chłopaki powrócili z niej do Qaanaaq osiem dni przed naszym powrotem do osady. Okazuje się, że zawrócili w tym samym miejscu gdzie my ale spróbowali jeszcze pójść nieco dalej na północ po lądolodzie aż do Kane Basin. Dopiero tam z powodu kiepskiego lodu podjęli decyzje o powrocie do Qaanaaq. Następnego dnia składamy wizytę Rudiemu – znajomemu oficerowi policji aby powiadomić go, że szczęśliwie wróciliśmy z wyprawy. Raz w tygodniu dostawał o nas informację jak nam idzie i gdzie jesteśmy, dzięki czemu w razie problemów mógłby szybko wysłać nam pomoc. Jest bardzo zadowolony, że na bieżąco był informowany o naszych poczynaniach, oraz że z wyprawy wróciliśmy zadowoleni i bez większych uszczerbków na zdrowiu. Odwiedzamy także Hansa Jensena oraz miejscowe muzeum, po którym oprowadza nas znany mi wcześniej tylko z korespondencji mailowej i książki Kari Herbert „szalony” duńczyk Finn Hansen. Pozostałe do odlotu dni spędzamy na wizytach u poznanych wcześniej mieszkańców Qaanaaq, Georga i Ondreja oraz w miejscowej szkole. Podróż powrotna do domu zajmuje mi prawie pięć dni a Grenlandię opuszczam z wielkim żalem. Szczególnie Siorapaluk i jego mieszkańcy mocno utkwili w mojej pamięci i mam nadzieję, że zobaczę ich ponownie niebawem.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jak dojechać?

Szczegółowych informacje na temat rozkładu lotów z Kopenhagi do Qaanaaq (oraz innych miejscowości grenlandzkich) można znaleźć na stronie Air Greenland (www.airgreenland.com). Do Kopenhagi najtaniej (szczególnie mając ze sobą dużo bagaży) jest dostać się promem ze Świnoujścia. Rozkład rejsów promowych znajdziemy na www.polferries.pl.

Zakwaterowanie

Wprawdzie na terenie całej Grenlandii można biwakować wszędzie gdzie chcemy, ale ze względu na bezpieczeństwo (niedźwiedzie polarne) będąc w Qaanaaq lepiej namiot postawić w obrębie miejscowości lub skorzystać z noclegu w Hotelu Qaanaaq – www.hotelqaanaaq.dk (700 DKK za noc od osoby w hotelu i 350 DKK za noc od osoby w domu nieopodal hotelu) lub u Finna Hansena - thufi@hotmail.com. Jeśli zamierzamy nocować w namiocie z dala od osad ludzkich należy posiadać ze sobą broń do obrony przed niedźwiedziami polarnymi. Można ją kupić w sklepie w Qaanaaq (najtańszy sztucer 30-06 kosztuje około 3500 DKK a paczka 20 sztuk naboi do niego około 110 DKK) jednak jako nie rezydentom Grenlandii zgodę na zakup broni musi wyrazić miejscowa policja.

Ceny

Grenlandia jest dość droga. Chleb kosztuje około 20 DKK, puszka tuńczyka 9/11 DKK, paczka makaronu 16/18 DKK, opakowanie parówek 500 g od 25 do 39 DKK, najtańsze mięso (z woła piżmowego) 25 DKK za 500 g, znacznie droższa jest wieprzowina, której kilogram kosztuje co najmniej 120 DKK.

Internet

Ogólne informacje turystyczne o Grenlandii można znaleźć na www.greenland.com. Główni touroperatorzy to www.greenland-guide.gl i www.wogac.com osoby myślące o poważniejszej wyprawie na Grenlandię mogą zajrzeć na stronę firm organizujących ekspedycje www.expeditiongreenland.com i tangent-expeditions.co.uk oraz na stronę Rządu Grenlandii gdzie znajdują się regulecję dotyczące wypraw przez Grenlandię nanoq.gl.


Patroni medialni

http://zewpolnocy.pl/
http://www.geozeta.pl/

Sponsorzy

http://www.berghaus.pl/

Najważniejsze punkty trasy Qaanaaq – Etah


(punkty namierzone przy pomocy Garmin GPSMAP 76 Csx)

O wyprawie w mediach


Artykuł w Głosie Pomorza – zobacz »

Artykuł w Gazecie Kaszubskiej – zobacz »

Artykuł w Gazecie Świętojańskiej – zobacz »

Artykuł w Mój Słupsk – zobacz »

Artykuł o myśliwych z Siorapaluk w Biuletynie RDLP w Toruniu – zobacz »

Materiał w Teleexpressie 19.02.2011 – zobacz »

Materiał w Panoramie 19.02.2011 – zobacz »

Materiał w TV Polonia 02.03.2011 – zobacz »

Film HD

część pierwsza

część druga

część trzecia

Newsy pojawiające się podczas wyprawy

11.04.2011


Wczoraj w nocy wróciłem do domu. Mimo, że nie udało nam się dotrzeć do Kanady jestem bardzo zadowolony z wyprawy. Spędziliśmy 37 dni "na lodzie" pokonując przeszło 400 km, poznaliśmy prawdziwych, polarnych myśliwych innuickich zdobywając ich szacunek i przyjaźń. Przemierzyliśmy spory obszar północnej Grenlandii, testując nowe rozwiązania sprzętowe i logistyczne, dzięki czemu kolejne wyparwy będą tańsze i łatwiejsze. Więcej informacji niebawem na stronie.

29.03.2011


W Siorapaluk byliśmy 26.03.2011 gdzie spędziliśmy dwa dni. Znajomi myśliwi – Pita i Keda upolowali niedźwiedzia polarnego, który kręcił się w pobliżu naszego obozu więc zaprosili nas na ucztę z niego. Na szczęście to nie my byliśmy jego kolacją lecz on naszą. Pożegnaliśmy przyjaciół (28.03.2011) i wyruszyliśmy w kierunku Qaanaaq. Po drodze planujemy odwiedzić Qeqertarsuaq – opuszczoną osadę na Wyspie Herberta (zapraszam do lektury: „Córka polarnika. Zapiski z krańca świata” Kari Herbert). Pogodę mamy piękną, temperatura (–25°C), w południe słońce grzeje tak mocno, że musimy się rozbierać z czapek, rękawiczek i anoraków. Do Qaanaaq planujemy dotrzeć w niedzielę.

22.03.2011


Dotarliśmy do chaty Neqe (19.03.2011). Niestety huraganowy wiatr uniemożliwił nam dalszy marsz w kierunku Siorapaluk. W chacie zatrzymali się również Inuici, którzy wybrali się na polowanie. Dwa dni spędziliśmy w ich wesołym towarzystwie, słuchając opowieści o polowaniach. Zostaliśmy również poczęstowani mięsem z foki. Był to iście królewski posiłek. Dziś (22.03.2011) pożegnaliśmy naszych nowych przyjaciół i wyruszamy w dalszą drogę w kierunku Siorapaluk.

15.03.2011


Po dwóch dniach poszukiwań przejścia do Kanady, zdecydowaliśmy że zawracamy. Morze jest rozmarznięte, otwarta woda uniemożliwia przejście na drugą stronę. Brak jest również możliwości obejścia. Wracamy do Qaanaaq, zmieniliśmy trasę i idziemy lądolodem. Do Qaanaaq planujemy dotrzeć za dwa tygodnie.

13.03.2011


Dotarliśmy do osady Etah. Noc spędziliśmy w opuszczonej chacie, w końcu mogliśmy się porządnie wysuszyć i odpocząć. Ostatnie dni dały nam porządnie w "kość". Natrafiliśmy na ślady ekipy niemieckiej, która wyruszyła kilka dni przed nami. Niestety nie udało nam się spotkać ich osobiście a ze śladów wynika, że zawrócili do Qaanaaq. Pogoda jest dobra, choć zaczęło lekko wiać a temperatura spadła do (–30°C). Dziś będziemy szukać przejścia na drugą stronę przez morze w kierunku Wyspy Pim, dziś również zdecydujemy czy będziemy się przeprawiać, czy zawracamy tak jak ekipa niemiecka.

10.03.2011


Mamy jeszcze 14 km do chaty w Etah. Etah jest opuszczoną osadą w gminie Qaasuitsup w północnej Grenlandii. Był to punkt wyjścia dla wypraw na Biegun Północny oraz lądowisko z ostatnich migracji Inuitów z kanadyjskiej Arktyki. Idziemy po lodowcu i dojście może zająć nam nawet 3 dni. Mamy problem z lodem, jest bardzo cienki i nie możemy iść po morzu dlatego szukamy obejścia ale to zabiera dużo czasu. Dalej na północ można tylko morzem, więc jeśli nie będzie lodu będziemy musieli wracać. Spotkaliśmy dużo śladów niedźwiedzi polarnych, ich samych nie widzieliśmy. Czujemy się dobrze, pogoda nam sprzyja. Ociepliło się, jest (–25°C)

02.03.2011


Zbliżamy się do Siorapaluk, małej wioski najdalej wysuniętej na północ. Jest piękna pogoda, ale bardzo zimno (–35°C). Z tego powodu mamy drobne problemy ze sprzętem. Czujemy się świetnie, idzie się dobrze. Nie spotkaliśmy niedźwiedzi polarnych, ani żadnych zwierząt.

25.02.2011


Jesteśmy od środy (23.02.2011) w Qaanaaq. Mamy już załatwione wszystkie formalności dotyczące trawersu. Zarejestrowaliśmy się na policji, jednakże warunkiem wyjścia poza miasto jest co tygodniowe wysyłanie informacji, że żyjemy i że wszystko jest w porządku. W przypadku braku takiej informacji tutejsza policja rozpocznie akcję ratunkową. Dziś kupiliśmy broń i amunicję bez której nie moglibyśmy wyruszyć dalej. Właśnie wyruszamy, jest zimno -30°C.

20.02.2011


Dziś ruszamy na wyprawę. Wszystko przygotowane i załatwione. Do Qaanaaq dotrzemy 23 lutego koło południa. Czekamy jeszcze na żywność, którą wysłaliśmy w paczkach do Qaanaaq. Wiem, że paczki są już na Grenlandii w Nuuk a pracownik poczty Grenlandzkiej jest ze mną w kontakcie, pomagając nam aby żywność dotarła do Qaanaaq na czas. Problemem jest to, że do Qaanaaq samolot lata raz w tygodniu więc jeśli nie uda się paczek wysłać we wtorek z nami to dolecą dopiero tydzień później. Jesteśmy jednak dobrej myśli. Raz w tygodniu będę wysyłał SMS z telefonu satelitarnego z informacją jak nam idzie oraz z aktualną pozycją. Będzie się ona pojawiać na stronie. 14 marca jestem umówiony z Teleexpressem na rozmowę na „żywo” przez telefon satelitarny więc wtedy (lub w okolicach tej daty) powinien pojawić się kolejny materiał o wyprawie w Teleexpressie.

18.11.2010

Wyprawę zamierzamy rozpocząć 25.02.2011
z miejscowości Qaanaaq na Grenlandii. Z Polski wyruszamy 20.02.2011.