Transarctica - wyprawy polarne


Islandia i Wyspy Owcze – 2006

Wyspy mgieł, wichrów, ognia i lodu

Okres wakacji to czas, kiedy większość ludzi rusza nad morze, aby wypocząć, wsłuchując się w szum fal. Ja także postanowiłem swój urlop spędzić w ten sposób.

Jednak nie nad naszym swojskim Bałtykiem lub też na słonecznych plażach, Hiszpanii, Włoch czy Chorwacji, a na ciągle omiatanych wichrami północnego Atlantyku Wyspach Owczych i Islandii. Wyspach, na których nawet latem słońce jest rzadkim gościem, a strój przeciwdeszczowy najlepszym przyjacielem. Dostać się tam można samolotem albo promem z Danii, który po drodze na Wyspy Owcze i Islandię zawija także do norweskiego Bergen oraz na Szetlandy. Podróż promem zabiera wprawdzie dużo więcej czasu niż lot samolotem, ale jest znacznie ciekawsza.

Śladami Amundsena i Nansena

Wspólnie z moją towarzyszką zdecydowaliśmy się na nieco okrężną trasę. Najpierw z Gdańska przez Kopenhagę polecieliśmy samolotem do Oslo, skąd po dwóch dniach pobytu udaliśmy się pociągiem przez góry do Bergen, gdzie mieliśmy wsiąść na prom. Oslo nie wywarło na nas specjalnie dużego wrażenia, choć ma wiele ładnych miejsc godnych zwiedzenia. Dla mnie najważniejsze były odwiedziny w muzeum Frama – statku, na którym Fridtjof Nansen odbył swą najsławniejszą podróż wśród lodów Arktyki, a Amundsen dotarł do Antarktydy, aby zdobyć biegun południowy. Przy samym muzeum, które mieści się na jednym z półwyspów niedaleko centrum, stoi wyciągnięty na brzeg statek "Gjøa", na którym Roald Amundsen jako pierwszy podróżnik pokonał Przejście Północno-Zachodnie. Na tym samym półwyspie, niedaleko od muzeum Frama, znajduje się także muzeum Kon-Tiki i ekspedycji Ra, poświęcone kolejnemu wielkiemu norweskiemu podróżnikowi – Thorowi Heyerdahlowi i jego dwóm wyprawom. Na zwiedzenie najciekawszych miejsc Oslo poświeciliśmy całą sobotę. Czasu starczyło także na wizytę w Parku Frogner, który jest dziełem rzeźbiarza Gustawa Vigelanda. Nam trafiła się akurat wspaniała pogoda, więc był on pełen ludzi, a ponieważ był to sobotni wieczór, odbywało się w nim także wiele imprez plenerowych. Jedynym minusem Oslo jest to, że jest chyba jedną z najdroższych stolic, jakie przyszło mi odwiedzić. Szczególnie kosztowna jest komunikacja, więc będąc w Oslo najlepiej zaopatrzyć się w wieloprzejazdowy karnet ważny na cały dzień lub dłużej – jeśli zamierzamy zostać w norweskie stolicy więcej niż dzień. My po niespełna dwudniowym pobycie w Oslo w niedzielę rano wyruszyliśmy pociągiem do Bergen. Bilety na pociąg kupiłem dwa miesiące wcześniej przez Internet, dzięki czemu ich cena była kilkakrotnie niższa, niż gdybyśmy kupowali w kasie na dworcu. Linia kolejowa położona jest wysokich górach, więc podczas całej, niemal czterogodzinnej podróży nasze oczy cieszyły zachwycające widoki. Pociąg jest niezwykle wygodny, a przestronne okna pozwalają w pełni cieszyć się wspaniałymi krajobrazami. Sporo podróżnych, mimo że był już czerwiec, udawało się na narty, gdyż w górach, przez które przejeżdżaliśmy, leżało jeszcze sporo śniegu.

Paryż północy

Bergen przywitało nasz deszczem. Jak się później dowiedzieliśmy, jest to typowa pogoda w tym mieście. Jedynie kilkanaście dni w roku jest tam słonecznych. Nam jednak już następnego dnia po przyjeździe dopisało szczęście gdyż pojawiło się słońce. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić miasto i wspiąć się na otaczające je góry. Bergen ma niezwykłą starówkę z oryginalnymi, hanzeatyckimi zabudowaniami i targiem rybnym, gdzie można kupić wszystko to, co żyje w okolicznych wodach: kraby, małże, krewetki, wieloryby, dorsze, łososie, i wiele innych ryb, których nazw nie potrafię wymienić. Miasto jest nieduże, więc dokładne jego zwiedzenie nie zajmie wiele czasu, a półgodzinny marsz wystarczy, aby znaleźć się na szczycie jednej z wielu gór, skąd rozpościera się wspaniały widok na Bergen i okoliczne fiordy.

Wśród symboli

Po przeszło dwudniowym pobycie w tym wspaniałym zakątku Norwegii we wtorek po południu, szóstego czerwca weszliśmy na pokład promu Smyril Line, który dzień później dowiózł nas do stolicy Wysp Owczych – Tórshavn. Jak przystało na wyspy położone na północnym Atlantyku, przywitały nas mgłą i deszczem. Taka pogoda towarzyszyła nam niemal przez całe osiem dni pobytu na Faroe. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się za miasto, aby złapać autostop, gdyż chcieliśmy jeszcze tego samego dnia dostać się na północ wysp. Tórshavn postanowiliśmy zwiedzić przed samym wyjazdem na Islandię. Nie czekaliśmy długo. Farerczycy są bardzo przyjaźni, więc podróżowanie autostopem nie stwarza większych problemów, jedynie wiatr i niemal ciągle padający deszcz mogą być podczas czekania przy drodze nieco uciążliwe. Naszą pierwszą noc na Wyspach Owczych spędziliśmy przy schronisku w Sandavágur na wyspie Vagar. W centralnym punkcie miejscowości, obok kościoła, nad brzegiem fiordu, tak jak niemal w każdej osadzie na Wyspach Owczych, umiejscowiono boisko do piłki nożnej. Co ciekawe bramki miały małe kółka, aby łatwiej można było je przesuwać, dzięki czemu boisko mogło zmieniać swoje przeznaczenie w zależności od potrzeby. Padający deszcz nie robił najmniejszego wrażenia na piłkarzach, tak samo jak wiatr, bez względu na to czy był to lekki podmuch z małą mżawką, czy ostry wicher z ulewą. Niemal przez cały dzień boisko pełne było graczy, a ponieważ był to czas, kiedy słońce tylko na moment chowało się poza horyzont, gra trwała od wczesnego ranka do późnej nocy. Rankiem następnego dnia po przybyciu do Sandavágur mimo padającego deszczu wybraliśmy się na zwiedzanie wyspy, wzdłuż jeziora Sorvágsvatn. Po drodze mijaliśmy miniaturowe poletka, gdzie pod cienką warstwą torfu posadzone były ziemniaki, chyba jeden z większych przysmaków Farerczyków oraz owce, których liczba z pewnością znacznie przekracza liczbę mieszkańców Wysp Owczych. Musieliśmy także uważać, aby nie zdeptać gniazd niezwykle licznych kulików mniejszych, siewek złotych, ostrygojadów (które są symbolem narodowym) oraz wydrzyków pasożytnych. Jezioro kończy się przepięknym wodospadem spadającym z wysokiego klifu wprost do morza. Po całodniowej wędrówce wróciliśmy kompletnie przemoczeni, ale schronisko było doskonale przygotowane na tego typu niedogodności, więc nie mięliśmy problemów z wysuszeniem ubrań. Następnego dnia zdecydowaliśmy udać się do Sorvágur, skąd zamierzaliśmy łodzią dostać się na niewielką wyspę Mykines, zamieszkałą przez kilkadziesiąt osób oraz setki tysięcy ptaków – głównie maskonurów i mew trójpalczastych. Do Sorvágur udało nam się dotrzeć dość szybko, a ponieważ mieliśmy kilka godzin do wpłynięcia łodzi, udaliśmy się pieszo do Gásadalur, miejscowości położonej w prześlicznej dolinie, która jeszcze kilka lat temu nie miała, poza wąska ścieżką przez góry, połączenia z innymi miejscowościami.

Wyspa maskonurów

Wieczorem mimo niespokojnego morza udało nam się dotrzeć na Mykines i rozbić namiot ponad wioską, na jedynym polu namiotowym, które niczym nie różniło się od pozostałych pastwisk. Warunki były dość spartańskie, ale my byliśmy przegotowani na wszelkie niedogodności, które i tak były w pełni rekompensowane przez niezliczone rzesze różnych gatunków ptaków. Cały weekend spędziliśmy na zwiedzaniu wyspy. Odwiedziliśmy kolonie maskonurów, jedyną na Wyspach Owczych kolonię głuptaków, na szczycie gór natknąłem się na gniazda biegusów morskich, a na pastwiskach na liczne gniazda wydrzyków pasożytnych, kulików mniejszych oraz skuł. Na skałach u podnóża klifów udało się nam spotkać foki szare, na które mieszkańcy Mykines czasem polują. Do koloni maskonurów oraz głuptaków prowadzi dobrze oznakowana ścieżka i jest to jedyny oznakowany szlak na Mykines. Resztę wyspy zwiedza się z kompasem i mapą w dłoni, zanurzając się co chwilę w chmurach, które są zawieszone dość nisko nad wyspą, zasłaniając jej szczyt. W czasie II wojny światowej mieściła się na Mykines baza aliantów. Dziś pozostał po niej niewielki budynek, latarnia oraz wciągarka na klifie, którą dostarczano z łodzi zaopatrzenie dla żołnierzy przebywających w bazie.

Ślady przeszłości

W niedzielny poranek, przy bardzo wzburzonym morzu, opuściliśmy Mykines i podróżując autostopem z Sorvágur, przez Eidi oraz Gjógv, miejscowości położone na wyspie Eysturoy, dotarliśmy wieczorem do Tórshavn. W Gjógv udało nam się trafić na wspaniałą słoneczna pogodę i było to jedyne miejsce, gdzie w czasie całego naszego pobytu na Wyspach Owczych świeciło słońce. Tam też widzieliśmy jeden z najbardziej malowniczych portów na Faroe. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu Tórshavn, niewielkiego, ale bardzo malowniczego miasta. Niezwykle ciekawa jest dzielnica rządowa z budynkami, których dachy – tak jak większość na wyspach – pokryte są darnią. Można tam swobodnie przechadzać się miedzy budynkami parlamentu i rządu, natykając się co jakiś czas na przedstawicieli elity rządzącej. Historia parlamentu na Wyspach Owczych sięga przeszło 1000 lat, kiedy to na skalistym półwyspie pod gołym niebem zbierał się Althing. Niedaleko od portu znajduje się także niewielki fort Skansin, wzniesiony, aby chronić wyspy przed piratami. Wart uwagi jest także park ze słynnym posągiem Małej Syrenki zwanej Tarirą. Po drodze do parku mija się kościół z rzeźbą Chrystusa stylizowanego na wikinga. Nam przed opuszczeniem Faroe udało się jeszcze odwiedzić położone kilkanaście kilometrów od Tórshavn Kirkjubour, miejscowość, gdzie znajdują się ruiny katedry św. Magnusa z XIII w. oraz fragment dawnej siedziby biskupów. Jej najcenniejszy budynek – Roykstovan został prawdopodobnie wzniesiony z drewna pochodzącego ze statku płynącego z Norwegii, który zatonął w XII w. w pobliżu wyspy. Na zewnętrznej wschodniej ścianie katedry znajduje się płaskorzeźba, pod która według przekazów znajduje się 7 relikwii. Mają to być: kawałek materiału z sukni Najświętszej Panienki, skrawek drzewa z Krzyża Pańskiego oraz kości islandzkiego biskupa św. Torlakka i św. Magnusa. W 1905 roku pod tablicą rzeczywiście znaleziono wymienione przedmioty, które po zbadaniu umieszczono na dawnym miejscu, a płaskorzeźbę ponownie wmurowano.

Ostatni dzień spędziliśmy na pisaniu maili, wykorzystując darmowy Internet w jednym z centrów handlowych w Tórshavn oraz zakupach. Po południu ponownie wsiedliśmy na prom Smyril Line, aby po kilkunastu godzinach rejsu w czwartkowy poranek ósmego czerwca dotrzeć do Seydisfjördur na Islandii.

Lód i ogień

Islandia w przeciwieństwie do Wysp Owczych przywitała nas piękną słoneczną pogodą, jednak zaskoczeni zostaliśmy przez islandzkich pograniczników. Jako jedni z nielicznych podani zostaliśmy dokładnej kontroli, łączne ze skanowaniem paszportów. Jak się później okazało, zrobiono to, ponieważ byliśmy Polakami, a – z tego co się dowiedzieliśmy – Polacy są głównymi przemytnikami narkotyków na wyspę, dlatego też podlegają bardziej szczegółowej kontroli niż pozostali obywatele Unii Europejskiej. Po opuszczeniu bazy promowej udaliśmy się od razu na obrzeża miasteczka, na drogę prowadzącą z Seydisfjördur do Egilsstadir, skąd dalej autostopem chcieliśmy udać się południową stronę wyspy do Reykiawiku. Podobnie jak na Wyspach Owczych nie czekaliśmy długo na podwiezienie. Pierwszym kierowcą, który nas zabrał, był chłopak z Polski pracujący od dwóch lat na Islandii. Kiedy dotarliśmy do Egilsstadir, udałem się do banku, wymienić zabrane z Polski euro na korony islandzkie. Okazało się, że jest to dość opłacalna operacja. Z banku udaliśmy się jeszcze przed dalszą drogą na mały posiłek na stację benzynową i zakupy do odpowiednika naszej Biedronki – Bonusa.

Tym razem na autostop czekaliśmy dłużej niż zwykle, gdyż ruch samochodowy był znikomy. Udało się nam jednak, po dwóch godzinach oczekiwań i podjeżdżania po kilka kilometrów, zabrać z chłopakiem z Niemiec, który podobnie jak my przypłynął promem na Islandię, aby zwiedzić ją w czasie urlopu. Po kilku godzinach jazdy drogą, która z asfaltowej zmieniała się w górach co jakiś czas w szutrowo-gruntową, dotarliśmy do podnóża największego islandzkiego lodowca Vatnajökull. Na przeszło dwugodzinny postój zatrzymaliśmy się nad wypełnionym bryłami lodu jeziorem Jökulsárlón, powstałym u czoła jednego z jęzorów lodowca. Jest ono połączone z oceanem rzeką, na brzegu której udało się nam spotkać kilka fok. Ciekawostką jest także to, że na tym jeziorze kręcony był epizod do filmu z Jamsem Bondem – Śmierć nadejdzie jutro. Dla osób, które chciałyby uważniej przyjrzeć się bryłom lodu pływającym w wodach jeziora lub zbliżyć się do czoła lodowca, organizowane są przez wyspecjalizowane firmy wycieczki amfibiami.

Wieczorem dotarliśmy do Vik, gdzie na polu namiotowym zatrzymaliśmy się na noc. Rankiem pogoda zmieniła się na typowo islandzką, a ponieważ ruch był niewielki, przyszło nam stać w strugach deszczu ponad dwie godziny, czekając aż ktoś zabierze nas dalej w kierunku Reykiawiku. W tym czasie przeżyliśmy szarżę stada koni, które uciekły z pobliskiej łąki i szosą zamierzały dostać się do miasteczka. W kilka minut pojawiło się kilkanaście samochodów, z których wysiedli ludzie próbujący z powrotem zagonić konie na pastwisko. Nie było to jednak łatwe, gdyż zaczęły one uciekać w góry. Jednak po kilkudziesięciuminutowej gonitwie udało się konie skierować ponownie na drogę i zagonić na łąkę, dzięki pomocy sporej części mieszkańców Vik, którzy ruszyli właścicielom stada na pomoc. Nam po tym epizodzie udało się w końcu złapać autostop do Selfossu, skąd po kilku godzinach stania zabrało nas do Reykiawiku dwoje starszych ludzi. Po drodze pokazali nam elektrownię geotermalną oraz opowiedzieli trochę o zwyczajach Islandczyków. Dojeżdżając do stolicy Islandii ujrzeliśmy pola lawowe, które zajmują większość obszaru półwyspu Reykjanes. Przed wieczorem udało się nam dotrzeć do Grindavik, gdyż chcieliśmy następnego dnia odwiedzić kąpielisko geotermalne Blue Lagune, a Reykiawik postanowiliśmy zwiedzić dopiero przed wylotem z Islandii. Na nocleg rozbiliśmy się na polu namiotowym, gdzie spotkaliśmy czwórkę Polaków, którzy na rowerach zamierzali objechać Islandię. Później dojechał także bardzo miły Anglik podróżujący wraz z żoną samochodem, a ponieważ wszyscy byliśmy zmarznięci i przemoczeni, uraczył nas typowo angielską herbatą. Przemoczone przez deszcz ubrania udało nam się wysuszyć u mieszkającej w sąsiedztwie pola namiotowego rodziny.

Rankiem, po zrobieniu zakupów w pobliskim markecie, ruszyliśmy na cały dzień do Blue Lagune, aby nieco się wygrzać. Deszcz i temperatura nieprzekraczająca kilku °C, jaka towarzyszyła nam przez cały pobyt na Islandii, zdążyły się już dać we znaki. Kilkugodzinna gorącą kąpiel na świeżym powietrzu podziałała na nas regenerująco, więc przed wieczorem udało się nam dotrzeć na skraj półwyspu Reykjanes do Garduru. Rozbiliśmy się na polu namiotowym położonym nad brzegiem oceanu. Jak to często bywa na Islandii pole namiotowe było wyposażone w niewielki, drewniany budynek, w którym mieliśmy dostęp nie tylko do ciepłej wody, ale także do dobrze wyposażonej toalety. Znajdujące się w niej ciepłe kaloryfery bardzo się nam przydały, gdyż mogliśmy wysuszyć mokre rzeczy. Zanim położyłem się spać, trochę czasu spędziłem wypatrując w otaczających półwysep wodach oceanu fok i wielorybów, których było dość sporo. Najczęściej trafiały się foki szare i płetwale karłowate, ale – jak wyczytałem z tablicy informacyjnej ustawionej przy polu namiotowym – równie często trafiają się także orki. Poza tym na łąkach wszechobecne były bodźce krwawodziobe, niewielkie ptaki należące do siewkowców. W niedzielny poranek wybraliśmy się w odwiedziny do naszych znajomych Polaków – Kaśki i Adama, którzy w Gardurze osiedlili się wiele lat temu. Po mile spędzonym weekendzie w poniedziałek z rana ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem skierowaliśmy się na północ. Dość szybko udało się nam dotrzeć do Reykiawiku, skąd bez problemu (z jedną przesiadką) przed wieczorem dotarliśmy do Akureyri, drugiego pod względem wielkości miasta Islandii. Tam też zatrzymaliśmy się na nocleg.

Wieloryby i jezioro much

Wcześnie rano następnego dnia ruszyliśmy do Húsavík, gdzie zamierzaliśmy skorzystać z oferty jednej z dwóch firm oferujących rejsy, podczas których można zobaczyć wieloryby. Przed południem byliśmy na miejscu i godzinę później siedzieliśmy na pokładzie statku wiozącego nas na spotkanie z największymi morskimi ssakami. W czasie czterogodzinnego rejsu widzieliśmy siedem humbaków, z których kilka było niemal na wyciągniecie ręki. Nawet niewprawni fotograficy, z nienajlepszym sprzętem, mieli okazję zrobić doskonałe zdjęcia nurkującym czy też wyskakującym nad powierzchnię wody olbrzymom. Rodzaj spotkanych wielorybów zależy przede wszystkim od pory roku. My byliśmy w połowie czerwca, kiedy to największa szansa jest na spotkanie humbaków i płetwali karłowatych oraz delfinów białonosych. Po powrocie z rejsu ruszyliśmy dalej, w kierunku jeziora Mývant. Udało się nam dotrzeć tam dopiero na drugi dzień wieczorem, gdyż na północy jeździ niewiele samochodów, więc żeby złapać autostop, trzeba na czekaniu spędzić kilka godzin. Po dotarciu nad Mývant zrozumieliśmy, dlaczego zwie się w języku Islandczyków "jeziorem much". Są one wszechobecne. Ludzie chodzą tam w specjalnych siatkach na głowach, gdyż inaczej nie da się wyjść na otwartą przestrzeń. Nawet dzieci bawią się na podwórzu w specjalnych nakryciach głowy. My niestety nie zabraliśmy ze sobą tego typu ochrony, więc, aby wyjść z namiotu na spacer, czekaliśmy na silniejszy wiatr, który rozwiewał chmary meszek i umożliwiał przechadzanie się wzdłuż brzegów jeziora. Dla mnie pobyt nad Mývantem był doskonałą okazją do zobaczenia kilku gatunków ptaków, które miałem nadzieję spotkać na Islandii. Udało mi się zobaczyć gągoły islandzkie, nury lodowce oraz licznie występujące perkozy rogate. Nad jeziorem spędziliśmy przeszło trzy dni, zwiedzając pobliskie pola lawowe, gorące źródła oraz wygasły wulkan. Mimo że było to już lato, temperatura przez cały dzień nie przekraczała 2°C.

Z Reykjahlid, miejscowości gdzie za trzymaliśmy się na polu namiotowym podczas naszego pobytu nad Mývantem, udaliśmy się w drogę powrotną na południe. Zamierzaliśmy odwiedzić jeszcze Park Narodowy THingvellir, Geysir oraz wodospad Gullfoss. Ty razem udało się nam dość szybko złapać autostop i bez żadnych przesiadek dojechaliśmy do położonego niedaleko Reykiawiku Mosfellsbaer. Dzięki uprzejmości kierowcy zatrzymaliśmy się po drodze, przy wodospadzie Godafoss, w którym według legendy w czasie przyjmowania chrześcijaństwa przez Islandię topiono przedmioty pogańskiego kultu. Na nocleg w Mosfellsbaer rozbiliśmy namiot przy pływalni, gdyż nie mogliśmy znaleźć pola namiotowego, a byliśmy już zmęczeni. Nikt jednak nie robił nam problemów z tego powodu, że rozbiliśmy się w mieście na trawniku. Tym bardziej, że zwinęliśmy się wcześnie rano i ruszyliśmy do Parku Narodowy Pingvellir.

Wikingowie

Niemal zaraz po tym jak stanęliśmy na drodze prowadzącej do Parku, udało mi się zatrzymać samochód, którego kierowca okazał się dyrektorem znajdującego się tam Centrum Edukacji. Podczas jazdy opowiedział nam historię Pingvellir, miejsca, gdzie zbierał się najstarszy islandzki parlament - Althing. Pierwszy raz obradowano w nim już przed 960 rokiem, a miejscem zgromadzeń była równina nad rzeką Öxará. Po przyjęciu chrześcijaństwa obrady przeniesiono do pobliskiego uskoku tektonicznego, który co roku poszerza się o około 3 mm. Przez uskok poprowadzono szlak, prowadzący do malowniczego wodospadu Öxaráfoss, który w dawnych czasach był miejscem straceń kobiet winnych dzieciobójstwa i cudzołóstwa. Nad rzeką Öxará, w pobliżu niewielkiego kościoła znajduje się letnia rezydencja premiera Islandii, którego nie trudno tam spotkać, tym bardziej że sam budynek jak i teren wokół niego nie jest ogrodzony ani strzeżony. Zwiedzenie Parku zajęło nam niemal cały dzień, ale dzięki temu, że nie mieliśmy problemów z zatrzymaniem autostopu, przed końcem dnia dotarliśmy do Geysira. Od jego nazwy pochodzi miano nadawane wszystkim tego typu źródłom na świecie. Obecnie wybucha on bardzo rzadko, ponieważ odłamki skał i śmieci wrzucone przez turystów, chcących wywołać jego erupcję, spowodowały zasypanie źródła. Na szczęście w pobliżu pojawił się nowy gejzer – Strokkur. Jednak wyrzuca on wodę jedynie na 35 metrów, co w porównaniu z 80 metrowymi wyrzutami Geysira jest wartością skromną. Erupcje następują co 10 minut, więc dla osób pragnących uwiecznić wybuch gejzeru kamerą czy aparatem fotograficznym nie jest to trudne zadanie. Wystarczy pięć minut po ostatnim wybuchu wybrać odpowiednie miejsce i czekać na ponowny wybuch. Każdy z nich poprzedzany jest falowaniem powierzchni wody i obniżeniem jej poziomu przed samą erupcją.

Ranek następnego dnia spędziliśmy na obserwacji wybuchów Strokkura, a koło południa udaliśmy się nad pobliski wodospad Gullfoss. Plecaki pozostawiliśmy w znajdującej się w jego pobliżu restauracji, ponieważ pracowała tam grupa studentów z Polski, którzy z chęcią zgodzili się przechować nam bagaże. Mogliśmy dzięki temu swobodnie zwiedzić wodospad oraz jego okolice. Po kilku godzinach pobytu nad Gullfossem zdecydowaliśmy się wyruszyć w drogę powrotną do Selfossu, aby przed powrotem do Reykiawiku zajechać jeszcze na kilka dni do Eyrarbakki. Koło ósmej wieczorem udało się nam w końcu dotrzeć do Selfossu. Powrót nie był łatwy, gdyż była to niedziela i większość podróżujących samochodami jechało wraz z całymi rodzinami – dla nas nie było już miejsca. Na szczęście kilka godzin stania przy drodze przyniosło efekt. Noc spędziliśmy w namiocie na niewielkim osiedlowym boisku. Rankiem udaliśmy się na zakupy, aby zaopatrzyć się w prowiant na najbliższe kilka dni, po czym w strugach deszczu udaliśmy się do Eyrarbakki. Po dotarciu na miejsce rozbiliśmy namiot na niewielkim i darmowym, ale wyposażonym w łazienkę, polu namiotowym, na peryferiach miejscowości. Deszcz był dość intensywny, więc pozostałą część dnia spędziliśmy w namiocie. Niestety następnego dnia pogoda nie poprawiła się, więc wybraliśmy się tylko na kilkugodzinną wycieczkę wzdłuż brzegu do zatoki Ölfusá. Z zatoki tej w 985 roku wyruszył na Grenlandię Bjarní Herjólfsson. Zgubiwszy się we mgle dotarł do wschodnich wybrzeży Ameryki. Po powrocie opowiedział o zdarzeniu Leifurowi Eiríkssonowi, któremu też sprzedał łódź. Leifur popłynął nią w kierunku wskazanym przez Bjarníego, odkrywając w ten sposób Vinland, czyli teren leżący najprawdopodobniej na obszarze dzisiejszej Nowej Funlandii. W miejscu, gdzie w pobliżu zatoki Ölfusá stała farma Herjólfssona, dziś znajduje się tablica przypominająca o jego dokonaniach.

Kiedy kładliśmy się wieczorem spać, przestał padać deszcz. Mieliśmy więc nadzieję, że nazajutrz uda nam się wybrać do rezerwatu ptaków Flói. Wraz z końcem ulewy natychmiast wokół naszego namiotu jak i na nim pojawiły się brodźce krwawodziobe i siewki złote, które nie zważając na naszą obecność, wydzierały się wniebogłosy, nie pozwalając nam spać. Ostatni dzień pobytu w Eyrarbakki był dla nas łaskawy. Ładna słoneczna pogoda i temperatura około 10°C utrzymała się cały dzień, dzięki czemu, przemierzając łąki rezerwatu Flói, spotkaliśmy wiele gatunków ptaków. Licznie były tam siewki złote, ostrygojady, rycyki, brodźce krwawodziobe, płatkonogi szydłodziobe, kuliki mniejsze a na rozlewiskach nury rdzawoszyje z młodymi. Na piaszczystej łasze znajdującej się na środku zatoki Ölfusá wylegiwało się stado kilkudziesięciu fok pospolitych. Niestety słoneczna pogoda nie utrzymała się długo. Następnego dnia podczas powrotu do naszych znajomych do Garduru znów się rozpadało. Taka pogoda utrzymała się już do końca tygodnia.

Bliżej Grenlandii

Wykorzystując ostatnie dni pobytu mojej towarzyszki na Islandii, mimo padającego deszczu, wybraliśmy się do Reykiawiku. Jest to ładne miasto i warto poświecić na jego zwiedzenie jeden dzień. Dla miłośników nocnego życia z pewnością także znajdzie się wiele atrakcji. Nam najbardziej przypadła do gustu miejscowa plaża oddzielona od zatoki, nad którą leży miasto, kamienną ostrogą ze sztucznie usypaną piaszczystą plażą. Woda w morzu nawet latem jest na Islandii zimna, dlatego na plaży jest basen z ciepłą wodą geotermalną. Reykiawik jest dobrze oznakowany, a punkty informacji wyposażone w darmowe mapy i przewodniki, dlatego też dość łatwo zwiedza się miasto.

W piątek wieczorem pożegnałem się z partnerką, która wróciła do Polski, ja natomiast, po weekendzie spędzonym u znajomych, w niedzielę po południu ruszyłem do Zachodnich Fiordów. Dzięki temu, że niemal spod samego Reykiawiku udało mi złapać samochód, którego kierowcą był Polak pracujący od kilku lat w Ísafjördur, dotarłem na północ Zachodnich Fiordów tego samego dnia późnym wieczorem. Rankiem po zwiedzeniu Ísafjördur, miasta będącego dawniej bazą wielorybników, po których nadal można spotkać wiele pozostałości, ruszyłem do Hnífsdalur, miejscowości słynącej z wyrobu hákarla – zgniłego mięsa rekina grenlandzkiego. Na wzgórzach wokół wsi porozrzucane są szopy, w których gnije mięso rekinów. Jest to przysmak Islandczyków, a dobrze zrobiony hákarl powinien gnić co najmniej dwa lata i być jak ser pokryty warstwą pleśni.

Świeże mięso rekina grenlandzkiego jest trujące, dopiero w wyniku gnicia toksyny ulegają rozkładowi i mięso nadaje się do spożycia. Dawniej, kiedy mieszkańcy Islandii doświadczali klęsk głodu, wyrzucenie kilkusetkilogramowego rekina byłoby marnotrawstwem, dlatego też opracowano sposób przygotowywania jego mięsa do spożycia. Dziś hákarla spożywa się tylko w czasie świąt – przede wszystkim dlatego, że jest to dość drogi "smakołyk". Mi udało się zaprzyjaźnić z miejscowymi rybakami, dlatego miałem przyjemność spróbować tego specjału. Mięso pachnie intensywnie amoniakiem, który podczas jedzenia dostaje się do nosa, drażniąc niemiłosiernie. Poza tym jest bardzo ostre, niczym pikantna potrawa. Minie hákarl przypadł do gustu, choć większość moich znajomych nie była w stanie go przełknąć. Jego intensywny zapach dawał się wyczuć podczas mojego powrotu do Polski, nawet pomimo tego, że zapakowałem go w kilka woreczków foliowych, plastikowe pudełko i schowałem głęboko w plecaku. Największą dla mnie atrakcją – poza hákarlem – było spotkanie na Zachodnich Fiordach mew bladych i polarnych, które przylatują na Islandię z nieodległej Grenlandii. Mimo że był początek lipca, w wielu miejscach leżał śnieg, a temperatura wahała się miedzy 1 a 4°C.

Powrót z północy, wbrew moim obawom, nie był trudny. Mimo że ruch samochodowy jest niewielki, to ludzie bardzo pomocni i chętnie się zatrzymują. W drodze powrotnej postanowiłem odwiedzić jeszcze półwysep Snaefellsnes, a w szczególności znajdujący się na jego krańcu lodowiec Snaefellsjökull. Wieczorem udało mi się dotrzeć do początku półwyspu, gdzie przy niewielkiej rzece rozbiłem na noc swój namiot. Rankiem, kiedy wybrałem się po wodę do rzeki, spotkałem na jej brzegu stado kaczek kamieniuszek, których nie udało mi się wcześniej zobaczyć. Jednak tym razem dopisało mi szczęście i mogłem przyjrzeć się grupie składającej się z przeszło dwudziestu osobników, samców i samic. Koło południa dotarłem do podnóża Snaefellsjökull, lodowca widocznego przy dobrej pogodzie z Reykiawiku. Droga na jego szczyt jak i zejście z niego zabrało mi kilka godzin, mimo to przed nocą udało mi się jeszcze przejechać kilkadziesiąt kilometrów w kierunku stolicy Islandii, zanim rozbiłem na noc swój namiot nad którąś z wielu rzek. W nocy zaczęła się mocna ulewa i taka pogoda utrzymała się przez cały następny dzień. Na szczęście nie czekałem zbyt długo na autostop, choć do tego czasu zdążyłem mimo nieprzemakalnego ubrania solidnie przemoknąć. Wieczorem całkowicie przemoknięty dotarłem ponownie do Garduru. Ostatni dzień na Islandii spędziłem z Adamem na łowieniu ryb – dorszy i czerniaków, co jest bardzo prostym zajęciem, gdyż ryby biorą niemal za każdym zarzuceniem wędki. Udało mi się złapać kilka całkiem pokaźnych czerniaków, z których zrobiłem filety, zamroziłem i przygotowałem do zabrania do Polski. Zjedliśmy je potem u mnie w domu wraz z przyjaciółmi, degustując przy tym tradycyjną islandzką wódkę – Brennivín. Adam zabrał mnie także do przetwórni ryb pokazać, jak przebiega proces suszenia ryb. Latem suszy się je w specjalnych elektrycznych suszarniach około tygodnia, natomiast w pozostałych okresach roku na drewnianych rusztowaniach, na dworze przez 2-3 miesiące. Z mięsa robi się hardfiskury, które są przysmakiem Islandczyków. Spożywają je posmarowane przepysznym islandzkim masłem. Natomiast kręgosłupy i głowy po wysuszeniu pakowane są w worki i wysyłane do Afryki, gdzie służą do przygotowywania zup rybnych.

Kiedy 6 lipca rano wylatywałem z Keflaviku było jedynie 4 stopnie Celsjusza, natomiast w Berlinie, gdzie lądowałem, było przeszło 32 stopnie. Na szczęście spod lotniska kursowały do Szczecina, Koszalina i Słupska minibusy z klimatyzacją, dzięki czemu powrót do domu nie był dla mnie szczególnie uciążliwy, a zamrożone filety z czerniaków i hákarla udało i się dowieźć w dobrym stanie.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jak dojechać?

Na Wyspy Owcze można dostać się liniami lotniczymi Atlantic Airways (www.atlantic.fo) lub promem Syril Line (www.smyril-line.com) z duńskiego Hanstholm, lub norweskiego Bergen. Z Polski do Oslo lub Bergen najtaniej dolecieć można liniami Norwegian (www.norwegian.com), natomiast z Oslo do Bergen można dostać się także pociągiem (www.nsb.no) – dobrze wcześniej wykupić bilet przez Internet, gdyż jest wtedy znacznie tańszy. Na Islandię dotrzeć można promem Syril Line lub samolotem, korzystając z kilku linii – SAS latającym z Gdańska (www.flysas.com), British Airways z Londynu (www.britishairways.com), Icelandair (www.icelandair.com) lub najtańszymi Iceland Express (www.icelandexpress.is, www.icelandexpress.pl) z Berlina.

Zakwaterowanie

Najtańsze są hostele i schroniska. W Norwegii za najtańszy nocleg w hostelu (www.vandrerhjem.no) trzeba zapłacić 100–125 koron norweskich (ok. 52–66 zł) , natomiast wolno rozbijać namioty w każdym miejscu. Na Wyspach Owczych natomiast biwakować można tylko na wyznaczonych polach namiotowych przy schroniskach (www.farhostel.fo). Za osobę należy wtedy zapłacić około 100 koron duńskich (ok. 55 zł). Na Islandii, podobnie jak w Norwegii, namiot można rozstawić w każdym miejscu. Wiele dobrze wyposażonych pól namiotowych jest darmowych, ale za większość trzeba zapłacić od 500 do 650 koron Islandzkich (ok. 22–29 zł). Najtańszy nocleg w hostelu (www.hostel.is) kosztuje 1800 ISK (ok. 80 zł).

Ceny

Ceny w krajach skandynawskich należą do najwyższych w Europie. Z tych trzech krajów najtańsze są Wyspy Owcze, następnie Norwegia, a Islandia jest najdroższa. Chleb w Norwegii kosztuje około 9–10 zł na Islandii około 7–12, za masło na Wyspach Owczych zapłacimy około 4,5 zł, na Islandii przeszło 6 zł, tam też mleko kosztuje około 4 zł. Najtańsze zakupy na Islandii można zrobić w marketach pod nazwą Bonus, tam ceny są kilkadziesiąt procent niższe niż w zwykłych sklepach. Alkohol sprzedawany jest tylko w specjalnych sklepach, jednak nie trudno je znaleźć.