Granicę rosyjsko-fińską przekraczamy szybko i bez problemów. Rosjanie są dla nas bardzo życzliwi, a i Finowie nie stwarzają najmniejszych problemów przy odprawie paszportowej.
Po kilku minutach mkniemy naszym Volkswagenem Transporterem po rosyjskich drogach. Jesteśmy czteroosobową grupą naukowców z Uniwersytetu Gdańskiego, a naszym celem jest dotarcie do Morza Peczorskiego leżącego w Arktyce Rosyjskiej.
Szosa jaką jedziemy od granicy wprawia nas w zachwyt. Jest lepszej jakości niż większość dróg u nas w kraju. Czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Wszyscy, którzy znają Rosję, a z którymi mieliśmy okazję rozmawiać przed wyjazdem, przestrzegali nas przed złym stanem nawierzchni w tym kraju. Stąd nasze zaskoczenie tak dobrą drogą. Zagadka jednak szybko się wyjaśnia. Finowie bardzo intensywnie wycinają tajgę i aby łatwiej im było wywozić drewno zbudowali sami drogę.
Po przejechaniu jakiś osiemdziesięciu kilometrów od granicy napotykamy drugą, wewnętrzną granicę. Tak jak na tej z Finlandią są tu budki strażnicze, zasieki, szlabany. Jednak większość z tego jest już nie używana. Dwóch żołnierzy sprawdza nam paszporty. Także tutaj wszystko odbywa się sprawnie i bez problemów, dla tego po chwili możemy jechać dalej. Droga, którą się poruszamy nie jest zaznaczona jeszcze na żadnej mapie. Znajomy Rosjanin przed wyjazdem z Polski narysował ją nam na kawałku papieru. Problem stanowi to, iż jedynymi punktami orientacyjnymi na naszej mapie są większe miejscowości. Jednak na rosyjskich drogach nie ma żadnych drogowskazów, i dlatego jedziemy trochę na oślep. Gdyby nie ludzie, których udaje się nam spotkać, mielibyśmy z pewnością dużo problemów z dotarciem do celu. W pewnym momencie kończy się doskonała droga asfaltowa i zaczyna zwykła gruntowa. Wprawdzie bardzo szeroka, ale pełna dziur i nierówności. Od samej granicy jak na razie nie spotkaliśmy żadnej miejscowości, jedynie co dwadzieścia kilometrów stoją pomniki "bohaterskiej Armii Czerwonej".
Powoli kończy się nam paliwo, zaczynamy się więc poważnie niepokoić czy zdołamy dojechać do jakiejś stacji benzynowej. Po przejechaniu stu pięćdziesięciu kilometrów przez bezkresną tajgę naszym oczom ukazuje się długo oczekiwane miasto. Zajeżdżamy na plac gdzie stoją stare czerwone dystrybutory z nadzieją, że tu uzupełnimy zapas paliwa. Okazuje się to jednak sporym problemem, gdyż nie posiadamy rubli, a dolarów nie chcą przyjąć. Zostaje nam tylko udać się do miasta i poszukać kantoru. Na szczęście z tym nie mamy najmniejszych problemów, gdyż to miejsce jest doskonale oznakowane. Już od pierwszego skrzyżowania prowadzą tam drogowskazy. Zaopatrzeni w miejscową walutę tankujemy do pełna. Jakiś Rosjanin udziela nam wskazówek, jak dojechać do trasy na Murmańsk. Jesteśmy w pobliżu koła polarnego, więc teraz w końcu czerwca pojawiają się "białe noce". Z tego też powodu nie musimy się martwić, aby przed nocą zdążyć do celu.
Ruszamy dalej drogą jaką w Polsce jeżdżą tylko maszyny rolnicze albo służby leśne. Mijamy wioski, które wyglądają, jakby czas zatrzymał się sto lat temu. Drewniane chaty kryte strzechą, sami starzy ludzie, na każdym podwórzu studnia z żurawiem. Nie widać słupów z liną energetyczną ani samochodów. Zastanawiamy się nawet, czy ludzie ci wiedzą, że ich kraj nie jest już ZSRR tylko Rosją, a na Kremlu rządzi prezydent, a nie pierwszy sekretarz. W końcu dojeżdżamy do trasy murmańskiej. Nie wygląda ona najlepiej. Dziury są większe i głębsze niż na najgorszych polskich drogach, a parkingi i pobocza to istne śmietniska starych samochodów, smarów, zużytych olejów. Pomimo to widoki wzdłuż całej drogi zapierają dech w piersiach. Niezliczone bagna, rzeki o nurcie tak wartkim, że można by na nich rozgrywać zawody w kajakarstwie górskim o najwyższym stopniu trudności. Jezior więcej niż na całych naszych Mazurach, natomiast lasy to mieszanka świerka i brzozy. Przy trasie murmańskiej częściej spotykamy wioski. W każdej z nich przy drodze poustawiane są drewniane stelaże, na których czekają na nabywcę suszone i wędzone ryby, skóry wilków, reniferów i lisów.
Zaczynamy znowu rozglądać się za jakąś stacją benzynową. Przebyliśmy już przeszło czterysta kilometrów i czas uzupełnić paliwo. Na szczęście na tej trasie nie ma z tym większych problemów. Zajeżdżamy na taką, która wygląda dość nowocześnie. Jednak zasady tankowania wyglądają na niej nieco inaczej niż te, do których przywykliśmy. Najpierw mówimy ile chcemy paliwa, płacimy i dopiero wtedy możemy tankować. Jeśli okaże się, że pomyliliśmy się w rachunkach i zapłaciliśmy za więcej niż jesteśmy w stanie zmieścić w naszym zbiorniku, nie warto starać się o odzyskanie reszty. Nikt z nami nie będzie chciał nawet dyskutować. Kiedy tankujemy, na stację zajeżdża czarne BMW i czarny Mercedes. Wysiadają z nich dobrze zbudowani mężczyźni w czarnych garniturach, krótko ostrzyżeni. Jeden z nich podchodzi do kasy i zamienia kilka słów z dziewczyną, która tam pracuje. Zabiera pieniądze i wychodzi. Inny tankuje samochody do pełna i po chwili z piskiem opon ruszają w kierunku Petersburga. Tylko na nas wywołuje to wrażenie, reszta osób, jakby nic się nie stało, zajęta jest krzątaniem się wokół własnych spraw. Jesteśmy niezmiernie ciekawi, czy byli to właściciele stacji, czy sławna rosyjska mafia? Nie zastanawiamy się nad tym jednak zbyt długo gdyż przed nami jeszcze szmat drogi.
Po wielu godzinach jazdy samochodem docieramy w końcu do celu naszej podróży – Czupy nad Morzem Białym. Jesteśmy już potwornie zmęczeni tym bardziej, że jest druga w nocy. Szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy przenocować. Znajdujemy coś, co pełni rolę hotelu, a tam zwane jest gostinicą. Dostajemy pokój czteroosobowy, z metalowymi pryczami, na których leżą tylko sienniki. W całym budynku nie ma światła (na szczęście nie jest potrzebne o tej porze roku), gdyż jak się dowiadujemy później, elektrownia odcięła prąd z powodu nie płacenia rachunków. Równie zaskakujące są sanitariaty. Są to niewielkie dziury w podłodze, obok których stoją wiadra z wapnem. Podczas meldowania się, na wieść, że profesor, który jest z nami ma pięćdziesiąt osiem lat, kobieta przyjmująca nas jest wielce zaskoczona i pyta jak to możliwe, że tak "wiekowa" osoba jeszcze żyje. Wyjaśnia nam, że na północy Rosji średnia życia to czterdzieści pięć lat, a pięćdziesięcioletnia osoba to już starzec. Po odstawieniu samochodu na milicję możemy w końcu położyć się spać.
Rano udajemy się na przystań zobaczyć czy statek, którym mamy płynąć nad Morze Peczorskie już jest. Okazuje się, że przypłynął dzień wcześniej, i czeka, abyśmy zapakowali na niego nasz sprzęt i będziemy mogli wypływać. Pakowanie idzie szybko, więc zostaje nam jeszcze trochę czasu, aby zwiedzić miasto. Czupa przypomina nieco nasze wioski, gdzie mieściły się duże PGR-y. Jest może jedynie trochę większa. Na centralnym placu mieści się rynek, gdzie można kupić głównie płody rolne. Obok znajduje się park, gdzie umiejscowiony jest pomnik "bohaterskiej armii czerwonej". W sklepach obok rosyjskich produktów kupić można Snickersy, Marsy, Alwaysy i mleko Łaciate. Piwo kosztuje tyle, ile chleb, a butelka wódki tyle, co dwa bochenki. Nie ma tam żadnych zakładów, gdzie ludzie mogliby pracować. Większość mieszkańców od dawna nie miało pieniędzy w rękach. Na pytanie jak w takim razie dają sobie radę, odpowiadają, że w lato zbierają grzyby, jagody, owoce i łowią ryby, a zimą polują na foki i wieloryby.
Po południu wypływamy w kierunku Kartiesza – rosyjskiej bazy naukowej usytuowanej nad jedną z zatok Morza Białego. Zabieramy ze sobą grupę rosyjskich naukowców, których mamy tam właśnie zostawić. Na morzu co chwilę pojawiają się foki i małe kamieniste wysepki, przez co musimy płynąć jakbyśmy uczestniczyli w jakimś slalomie. Po dwóch godzinach docieramy do Kartiesza. Zatrzymujemy się na kilka godzin, aby poznać okolicę i skorzystać z słynnej rosyjskiej sauny. Podłoże zbudowane jest z granitowych skał, wznoszących się kilkadziesiąt metrów ponad poziom morza. Porośnięte jest sosnowym lasem gdzie w poszyciu królują porosty i borówki. Chcemy zapoznać się lepiej z okolicą. Udajemy się więc w głąb lasu. Przed wyjściem zostajemy jednak ostrzeżeni, abyśmy mieli się na baczności przed niedźwiedziami brunatnymi, których ponoć jest w okolicy bardzo dużo. Przemierzając las, co chwilę natykamy się na olbrzymie leje wykute w skale. Jak się później dowiadujemy, są to pozostałości po kopalniach uranu, które istniały w latach pięćdziesiątych. Pracowali w nich więźniowie z okolicznych łagrów. Po powrocie do bazy korzystamy z sauny, po czym wracamy na statek i wypływamy ponownie w morze. Jest już po północy, a mimo to słońce nadal znajduje się nad horyzontem. Jesteśmy już trochę zmęczeni, udajemy się więc na spoczynek do naszej kajuty, umieszczonej pod pokładem na dziobie statku.
Kiedy się budzę mijamy Półwysep Kanin, który jest jeszcze w niektórych miejscach pokryty śniegiem. Nie możemy się jednak zatrzymać, gdyż znajduje się na nim baza wojskowa i cywilom, a w szczególności obcokrajowcom nie wolno tam przebywać. Morze Barentsa, po którym teraz płyniemy jest bardzo spokojne. Siedzę na dziobie i obserwuję biełuchy, białe wieloryby, których jest całkiem sporo. Kolejną ciekawostkę stanowią foki, leżące na dryfujących kłodach drewna. Zastanawiam się, jak one to robią, że nie spadają z okrągłych bali. Cały dzień spędzam na obserwacji wielorybów, ptaków i fok. Wieczorem na morzu pojawiają się kry i małe góry lodowe. Robi się bardzo chłodno. Udaję się do kajuty i kładę się spać. Za kilkanaście godzin powinniśmy dotrzeć do celu.
O drugiej w nocy budzi nas kapitan. Okazuje się, że drogę zagradza nam pole lodowe. Morze nie zdążyło jeszcze rozmarznąć, a przed nami aż sześćset kilometrów do Morza Peczorskiego. Jedynym ratunkiem byłby lodołamacz. Na to jednak nas nie stać. Postanawiamy zawrócić i udać się na pobliską wyspę Kołgujew, na której do tej pory jeszcze nikt spoza Rosji nie był. Mamy trochę problemów z dobiciem do wyspy, ponieważ jest mocny przybój, a poza tym na morzu jest jeszcze kra. Udaje się nam w końcu wylądować na piaszczystej plaży w południowej części wyspy. Plaża ma kilka kilometrów szerokości i kilkadziesiąt długości. Piaszczyste plaże są w Arktyce rzadkością, a tak duże jak ta na Kołgujewie wręcz niespotykane. Zostajemy na niej kilka godzin, aby przeprowadzić badania. Jest ciepło, świeci słońce, wymarzona pogoda na spędzenie dnia na plaży. Na wyspie jest tylko jedna miejscowość - Bugrino, gdzie mieszkają ludzie przesiedleni z Nowej Ziemi. Przesiedlono ich, ponieważ tam, gdzie mieszkali Rosjanie utworzyli poligon atomowy.
Po skończonych badaniach wsiadamy na statek i płyniemy na południe w kierunku wybrzeża Syberii, do miejsca gdzie uchodzi Indyga. Po drodze towarzyszą nam morświny płynące przed dziobem statku. Co jakiś czas z wody wystawiają głowy zaciekawione foki. W miejscu, do którego dopływamy, pływy wynoszą kilka metrów, dlatego rzucamy kotwicę z dala od brzegu. Wsiadamy na łódź z silnikiem Wietierok i udajemy się w kierunku brzegu. Podpływamy do miejsca gdzie zauważyliśmy namiot i palące się ognisko. To dwóch Nieńców łowi ryby, które potem suszą na słońcu, aby zapewnić sobie zapas pożywienia na długie, zimowe miesiące. Ich twarze wyglądają podobnie jak twarze Eskimosów z Grenlandii. Rozmawiamy z nimi chwilę po rosyjsku, po czym wsiadamy do łodzi. Niestety silnika nie udaje się nam odpalić. Sprawdzamy co się mogło stać, ale nie potrafimy znaleźć przyczyny awarii. Prąd jest bardzo mocny i nie mamy co marzyć o tym, aby do statku dopłynąć na wiosłach. Z pomocą przychodzą nam Nieńcy, którzy mają własną motorówkę i odholowują nas na statek. Jako zapłatę otrzymują butelkę wódki. Wydają się być bardzo zadowoleni. Kapitan każe podnieść kotwice i ruszamy nad Morze Białe, gdyż dostaliśmy wiadomość, że w kierunku Morza Barentsa zbliża się sztorm i kilkumetrowe fale. A tego nasz statek mógłby nie przetrzymać.
Kiedy docieramy do Półwyspu Kanin dopada nas sztorm. Jest tak silny, że dziób zanurza się pod wodę. Nie da się chodzić po pokładzie, gdyż grozi to zmyciem do morza. Leżymy na naszych kojach, modląc się, aby ten sztorm szybko się skończył, ponieważ wszyscy cierpimy na chorobę morską. Całą dobę nie wstaję z łóżka. Dopiero, kiedy kończy się kołysanie idę do kantyny coś zjeść. W tym czasie dopływamy pod Wyspy Sołowieckie, aby zaczerpnąć próby zooplanktonu – drobnych zwierząt unoszących się bezwładnie w toni morskiej. Jeden z naszych marynarzy spędził na tych wyspach swoje dzieciństwo w czasach kiedy istniał tam jeszcze łagr. Opiekowali się nim bracia zakonni, których klasztor istniał kiedyś na Wyspach Sołowieckich. O tym, że przebywali tam więźniowie, świadczą wieże strażnicze i resztki ogrodzenia z drutu kolczastego. Zbieranie prób zajmuje nam trzydzieści godzin, po czym ruszamy do Czupy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na wyspie Son Ostrov. Na brzegu leży dużo drzewa dryfowego. Z tego drewna jakiś traper zbudował chatę, która służy mu jako schronienie, kiedy przybywa na wyspę polować na foki. Wycinając tajgę drewno spławia się rzekami. Spora cześć drewna nie zostaje odzyskana i dostaje się do morza. Później wyrzucane jest przez fale na brzeg Syberii.
Po kilku dniach rejsu jesteśmy z powrotem w Czupie. Odbieramy nasz samochód z posterunku milicji i udajemy się w drogę powrotną. Znamy ją już dobrze, więc pokonujemy ją szybko, bez większych problemów. Jedynie, kiedy kończy się paliwo i ruble, a dolarów nie ma gdzie wymienić, ponieważ jest niedziela i kantory są pozamykane, z pomocą przychodzą milicjanci. Kupują od nas dolary po znacznie niższym kursie, ale o paliwo nie musimy się już martwić. Jeszcze tylko odprawa na granicy fińsko-rosyjskiej i czujemy się jak w domu.