Transarctica - wyprawy polarne


Rosja – 2007

U podnóża Uralu

Pociąg toczył się coraz wolniej po minięciu Białej Podlaskiej, ale do Terespola nie zostało już wiele kilometrów, więc po niespełna godzinie byłem na granicy z Białorusią.

Kilkanaście minut później siedziałem już w pociągu do Brześcia, który przewiózł mnie przez granicę. Kontrola celna na Białorusi przebiegła dość szybko, choć wypełnienie wszystkich niezbędnych deklaracji zabrało masę czasu i przyprawiło mnie o zawrót głowy. Odprawiająca mnie celniczka zdziwiła się bardzo, kiedy jako odpowiedz na pytanie o cel mojej podróży usłyszała – Półwysep Tajmyr, jednak nie chciała więcej wyjaśnień i z uśmiechem na twarzy oddała mi paszport i kazała iść dalej.

Socjalizm wiecznie żywy

Przed wyruszeniem do Rosji nie kupiłem wcześniej w żadnym z licznych biur podróży biletów na pociągi na terenie Rosji i Białorusi, więc musiałem nabyć je na miejscu. Obawiałem się wprawdzie, że z końcem czerwca, kiedy wyruszałem do Rosji, mogą być już problemy z dostaniem biletów, ale nie chciałem płacić dodatkowo za pośrednictwo. Mimo niedzieli bez problemów na brzeskim dworcu udało mi się wymienić dolary i złotówki na ruble białoruskie. Jak się okazało, najopłacalniejsza była wymiana złotówek, ponieważ to w Brześciu towar bardzo poszukiwany, za który dobrze się płaci. Niestety trochę gorzej poszło mi przy kupnie biletu na pociąg do Moskwy, gdyż nie było już wolnych miejsc w najtańszej klasie – „płackarcie”, pozostały jedynie w droższej – „kupe” (odpowiednik naszych kuszetek). Nie była to w prawdzie wielka różnica w cenie – raptem 90 zł, ale wyniosło to dwukrotnie więcej, niż zapłaciłbym za najtańszy bilet. Na pociąg nie musiałem długo czekać, więc przed południem następnego dnia byłem już w Moskwie. Od razu po przyjeździe udałem się do kasy, aby kupić bilet do Krasnojarska, gdyż w sezonie wakacyjnym bardzo ciężko jest dostać w Rosji bilety na najtańszą klasę. Poprosiłem o pomoc przy zakupie biletu przygodnie spotkanego przy kasie Rosjanina, Samila, jak mi się potem przedstawił. Pierwszy raz nabywałem bilet na kolej transsyberyjską i nie chciałem, aby z racji tego, że jestem obcokrajowcem sprzedano mi jakiś droższy, na inna klasę niż „płackarcie”. Udało mi się dostać możliwie najtańszy bilet na pociąg osobowy, jednak musiałem na niego poczekać do następnego dnia. Na szczęście Samil, który okazał się 28-letnim nauczycielem matematyki, zaproponował mi, że jeśli chcę, to oprowadzi mnie po Moskwie. Chętnie skorzystałem z jego oferty, jednak najpierw udaliśmy się wspólnie do dość taniego hostelu położonego w centrum miasta przy Starym Arbacie, najdroższej ulicy w Moskiwe. Tam zostawiłem rzeczy i ruszyliśmy wspólnie z Samilem na zwiedzanie stolicy Rosji. Największe wrażenie zrobiło na mnie metro. Jest doskonale pomyślane i oznakowane. Wprawdzie trzeba znać rosyjski, aby odczytać tablice informacyjne, ale na wielu ulotkach dostępnych w metrze nazwy stacji są tłumaczone na język angielski. Wystrój metra nie zmienił się chyba od czasu, kiedy je budowano – wszędzie pełno jest symboli Związku Sowieckiego, a wykończenie stacji w marmurze i zielonym kamieniu z Uralu robi niesamowite wrażenie. Do tego, zjeżdżając w dół schodami ruchomymi, ma się wrażenie, jakby człowiek zapuszczał się niemal we wnętrze Ziemi, gdyż zjeżdża się naprawdę głęboko. Metrem dojechaliśmy w okolice Kremla. Zwiedzając jego mury, przy jednym z nich gdzie znajdowały się obeliski poświęcone bohaterskim miastom z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Samil spytał mnie, czy w Polsce tak jak w Estonii usuwa się pomniki Armii Radzieckiej. Powiedział mi, że on dobrze rozumie to, iż ZSRR było dla wielu krajów okupantem przez kilkadziesiąt lat, ale powinno się szanować groby ludzi, którzy zginęli w walce na obcej ziemi. Po kilku godzinach zwiedzania różnych niezwykłych miejsc, których sam bym nigdy nie odnalazł, wróciłem, pożegnawszy się z Samilem, do hostelu. Zanim położyłem się spać, porozmawiałem jeszcze z Olegiem – pracownikiem hostelu, parą z Holandii, która wybierała się w podróż do Mongolii i Chin oraz chłopakiem i dziewczyną z Izraela, których przodkowie pochodzili z Polski Rosji.

Transsyberyjska kolej

Rankiem po śniadaniu udałem się metrem na Dworzec Kazański, skąd odjeżdżał mój pociąg. Podróż do Krasnojarska miała trwać cztery dni, więc ucieszyłem się bardzo, kiedy okazało się, że moimi najbliższymi współtowarzyszkami podroży będą dwie dwudziestodwuletnie dziewczyny – Tatiana i Inna oraz dwukrotnie starsza Olga – niezwykle sympatyczna osoba, która dbała o mnie przez całą podróż. Rosjanie są bardzo towarzyscy i przyjacielscy, więc kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski i do tego mówię po rosyjsku, wiele osób zaczepiało mnie, aby porozmawiać. Podróż najtańszą klasą może być dla niektórych uciążliwa, gdyż w wagonie nie ma przedziałów, jedynie ścianki, na których zamontowane są miejsca do leżenia. Nie ma tam wprawdzie prywatności, ale dzięki temu można poznać naprawdę sympatycznych ludzi, którzy zapraszają do wspólnego biesiadowania i rozmów o wszystkim. Niestety w wagonie nie otwierały się okna, co jest standardem w „płackarcie”, dlatego też panował w nim zaduch, a z powodu upałów panujących w centralnej Rosji także ukrop. Na szczęście w każdym wagonie znajdował się samowar, więc bez problemów można było zrobić herbatę czy przyrządzić zupkę chińską, poza tym każdy wagon ma swojego opiekuna – „prawadnika”, który dba o porządek, dzięki czemu jest czysto, a w toalecie zawsze jest mydło i papier toaletowy. Dla mnie podróż rosyjską koleją była znacznie przyjemniejsza niż korzystanie z usług PKP w Polsce. Mimo że podróż koleją transsyberyjską potrafi trwać wiele dni, nie ma potrzeby zabierać ze sobą żywności, gdyż na każdej stacji spotkać można kobiety handlujące „piarożkami”, blinami, suszonymi rybami, „kartoszakmi” i wieloma innymi smakołykami domowej produkcji, które w dodatku kosztują niewiele. Pociąg średnio co dwie trzy godziny zatrzymuje się na 20 lub 40 minut, na stacji więc jest wystarczająco dużo czasu, aby dokonać niezbędnych zakupów. Mnie szczególnie przypadły do gustu „piarożki” z kapustą i grzybami. W czasie podróży z Moskwy do Krasnojarska duże wrażenia wywarły na mnie bezkresne obszary bagien między Omskiem a Nowosybirskiem oraz wioski z rozsypującymi się chałupami krytymi eternitem. Po minięciu Uralu dało się zauważyć zmiany w przyrodzie – pojawiły się gatunki drzew i roślin, inne niż te spotykane w Europejskiej części Rosji.

Inastrańcom nielzia

Po czterech dniach podróży i pokonaniu 4500 km oraz czterech stref czasowych, wczesnym rankiem dotarłem do Krasnojarska. Pożegnawszy się z współtowarzyszkami podróży, ruszyłem od razu na dworzec rzeczny, aby sprawdzić, kiedy odpływa najbliższy statek do Dudinki oraz kupić na niego bilet. Na Tajmyr można dostać się samolotem, który leci do Norylska, albo statkiem kursującym Jenisejem z Krasnojarska do Dudinki, skąd kursują pociągi do Norylska. Ja wybrałem drugi wariant, gdyż bardzo chciałem zobaczyć Jenisej. Znalezienie dworca rzecznego nie było trudne, wielki budynek z gwiazdą na szczycie i napisem „Riecznoj wagzał” widoczny był już z daleka. Kasy znajdowały się jednak nie w budynku, który był zamknięty, a na barce zacumowanej u nabrzeża. Po sprawdzeniu rozkładu rejsów, z którego dowiedziałem się, że są tylko cztery w miesiącu i na najbliższy muszę czekać 5 dni, udałem się do kasy. Pani sprzedająca bilety poinformowała mnie, że są wolne miejsca na najbliższy rejs, a najtańszy bilet do Dudinki kosztuje 5500 rubli czyli około 600 zł. Przed wyjazdem do Rosji wszystkie niezbędne informacje wyszukałem w Internecie na oficjalnych stronach rosyjskich, ale – jak się okazało na miejscu – nijak się miały one do rzeczywistości. Rejsów z Krasnojarska do Dudinki miało być 15 w lipcu, a cena najtańszego biletu wynosić miała niespełna 2500 rubli. Niestety, kiedy chciałem nabyć bilet i podałem kasjerce swój paszport, okazało się, że nie może mi sprzedać biletu, ponieważ obcokrajowcom nie wolno podróżować powyżej Igrarki, miejscowości leżącej 400 km na południe od Dudinki. Aby dostać się na Tajmyr, trzeba mieć specjalne pozwolenie wydane przez władze Norylska, a uzyskać je można tylko wtedy, jeśli zamierzamy odwiedzić znajomych, prowadzić badania naukowe albo pracować. Ja chciałem jedynie pochodzić po tundrze, trochę pozwiedzać i przyjrzeć się życiu Nieńców – pasterzy reniferów, więc tym bardziej nie wolno mi było jechać na Tajmyr. Na nic zdały się tłumaczenia i prośby. Bez specjalnego dokumentu do Dudinki „nielzia”. Postanowiłem, że znajdę w Krasnojarsku jakiś tani hostel albo hotel i zastanowię się, co robić dalej. Jednak okazało się, że jedyny hotel, jaki może mnie przyjąć z racji tego, że jestem obcokrajowcem, to Krasnojarsk International. Tam jednak ceny były zbyt wygórowane jak dla mnie – 2000 rubli za najtańszy pokój, więc zdecydowałem, że pojadę dalej. Niecały dzień drogi pociągiem od Krasnojarska był Bajkał, ale 35-stopniowe upały (których bardzo nie lubię), jakie panowały w tej części Rosji, utwierdziły mnie w przekonaniu, że jedynym miejscem odpowiednim dla mnie o tej porze roku jest tundra. Zdecydowałem się więc wrócić do Moskwy i stamtąd pojechać do Workuty.

Żelazna droga i miasto na kościach

Po czterech dniach podróży, wczesnym rankiem, ponownie znalazłem się w Moskwie. Na szczęście udało mi się na ten sam dzień kupić bilet na pociąg do Workuty i koło południa ruszyłem w trzydniową podróż pociągiem na północ. Była to nieplanowana wyprawa, więc nie miałem z sobą map, a w Moskwie nie udało mi się ich kupić. Miałem nadzieję dostać je w Workujcie, jednak tam pani w księgarni bardzo zdziwiła się kiedy spytałem o mapy. Jak mi powiedziała: ostatni raz mapy Workuty wydano w latach 50. i od tego czasu nie drukowano nowych. Poza tym, jak stwierdziła, po co komu mapy – każdy tutaj wie, co gdzie jest i gdzie ma iść. W pociągu w czasie podróży na północ wiele osób opowiadało mi historie o łagrach i o tym, jak budowano kolej do Workuty. Więźniów wywożona bezpośrednio w tundrę i sami musieli martwić się o jedzenie czy schronienie. Nie było drutów kolczastych i ogrodzeń, bo i tak nie było gdzie uciekać. Wszędzie była bezkresna tundra, na północy Morze Karskie i Barentsa, na zachodzie bagna, na wschodzie Ural, a na południu zaś bezkresna tajga. Na pomoc miejscowych nie można było liczyć, bo za to groził łagier. Więźniów, którzy zmarli przy budowie linii kolejowej, chowano bezpośrednio pod nasypem, dlatego dziś trasę tę zwie się żelazną drogą na kościach. Po przyjeździe do Workuty, przed wyruszeniem w tundrę udało mi się odwiedzić miejsca, gdzie kiedyś mieściły się łagry i więziono Polaków.

Na pierwszy swój nocleg rozbiłem namiot w tundrze na obrzeżach miasta. Rankiem wziąłem namiar miasta na GPS-ie, abym – w razie gdybym się zgubił – wiedział gdzie wrócić i ruszyłem przed siebie w kierunku Uralu. W związku z tym, że nie miałem map, nie wiedziałem za bardzo, gdzie idę, ale postanowiłem dotrzeć do oddalonych o niespełna o 40 km gór. Z początku szło się dość ciężko, gdyż tundra wokół Workuty jest bardzo podmokła, a porastające ją wierzby sięgają powyżej kolan i znacznie utrudniają marsz. Jednak im bliżej było do gór, a teren bardziej się podnosił, tym tundra stawała się suchsza, a miejsce wierzb zajmowała brzoza karłowata. Dzięki temu, że brzoza karłowata jest niska i sięga nieznacznie powyżej kostki, szło się znacznie łatwiej. U podnóża gór rozbiłem namiot nad rzeką, aby połowić ryby. Jednak nic mi się nie udało złapać, choć w rzece było sporo ryb. Podczas pobytu w tundrze najbardziej uciążliwe dla mnie oprócz 30-stopniowych upałów były meszki i komary, których ilości były wręcz niebotyczne. Nie dało się wytrzymać bez okrycia ani chwili. Owady obsiadały każde nieosłonięte miejsce ciała kąsając niemiłosiernie. Było to psychicznie nie do wytrzymania. W okresie letnim w tej części tundry nie spotyka się typowych jej mieszkańcowi – reniferów i lisów polarnych gdyż wszystkie ssaki uciekają przed chmarami komarów oraz meszek daleko na północ. Jedynie ptaki, których jest bardzo wiele, korzystają z tej obfitości owadów, czyniąc je swym głównym pokarmem. Jak opowiadali mi miejscowi, wielu więźniów skazywano na tzw. śmierć komarową. Polegało to na tym, że nagich i związanych łagierników pozostawiano latem w tundrze na pastę owadów. Po kilku dniach ginęli od utraty krwi spowodowanej przez żerujące na nich meszki i komary. Jak dowiedziałem się od mieszkańców Workuty, 30-stopniowe upały latem są normalną temperaturą, natomiast zimą typowe są 50-stopniowe mrozy.

Po dotarciu do podnóża Uralu zawróciłem do Workuty, w której znalazłem się ponownie dwa dni później. Przed powrotem do domu spędziłem w niej jeszcze jeden dzień, poszukując miejscowych Nieńców. Jednak nie udało mi się ich spotkać, gdyż jak się dowiedziałem z końcem wiosny ruszają nad Morze Karskie ze swoimi stadami reniferów i wracają dopiero z początkiem mrozów. Zanim jednak opuściłem Workutę kupiłem jeszcze wędzone mięso z renifera i dwie butelki przepysznego miejscowego likieru z arktycznej maliny morożki. W drodze powrotnej zatrzymałem się na jeden dzień w Moskwie, aby wymienić ruble na dolary i zaopatrzyć się w miejscowe wyroby przemysły spirytusowego.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jak dojechać?

Do Moskwy najtaniej dostać można się pociągiem z Brześcia (do Brześcia kursują pociągi z Terespola – cena około 3.60 zł) lub bezpośrednio z Warszawy za około 350 zł. Bilet z Brześcia do Moskwy w najtańszej klasie (płackarta) to około 90 zł w droższej klasie (kupe) około 180 zł. Bilety na połączenia kolejowe na Białorusi lub w Rosji można kupić w Polsce w biurach podróży. Najtańszy bilet do Krasnojarska kosztuje około 2400 rubli, w pociągu za pościel trzeba dopłacić 65 rubli (chyba, że się jej nie chce) – można też poprosić od razu podczas kupna biletu o doliczenie do jego ceny pościeli. Bilet do Workuty z Moskwy kosztuje około 1600 rubli. Rozkład jazdy pociągów można znaleźć na www.poezda.net. Cena najtańszego biletu na statek z Krasnojarska do Dudinki to 5500 rubli a do Iglarki 4500 rubli. Trzeba jednak pamiętać o specjalnym zezwoleniu na wjazd na Tajmyr. Można je załatwić razem z wizą rosyjska, w którymś z biur zajmujących się organizacją wypraw do Rosji. Mając wizę rosyjską, bez problemu można przejechać przez Białoruś, należy jednak pamiętać, aby na milicji w Rosji podbić otrzymaną po wjeździe na Białoruś kartę tranzytową, którą oddaje się w drodze powrotnej podczas opuszczania Białorusi (jeśli zdecydowaliśmy się na powrót przez Białoruś).

Zakwaterowanie

W Moskwie najtaniej zatrzymać się na nocleg w jednym z wielu hosteli. Ja wybrałem najtańszy za 675 rubli „Home for Home” (home-fromhome.com) znajdujący się w centrum miasta. Adresy pozostałych hosteli można znaleźć na www.russia-hostelling.ru . Hotele są dość drogie. Ceny zaczynają się od 1400 rubli.

Ceny

Ceny w Rosji są porównywalne do polskich. W Moskwie jest nieznacznie drożej niż w pozostałej części kraju. Tanie i dobre jedzenie można kupić na stacjach wzdłuż całej trasy kolei transsyberyjskiej. W sklepach dostępne są wszystkie towary znane z naszych sklepów – w bardzo podobnych cenach.