Pierwszy raz odwiedziłem Spitsbergen na przełomie marca i kwietnia 1998. Wtedy przebywałem na wyspie niespełna tydzień i zwiedziłem tylko najbliższe okolice Longyearbyen.
Jednak dzięki tej wyprawie poznałem warunki panujące w Arktyce zimą i zdobyłem niezbędne doświadczenie do organizowania następnych wypraw. W 2001 ponownie stanąłem na Svalbardzie, tym razem jednak, aby zdobyć jego najwyższy szczyt Newtontoppen.
Po kilku miesiącach przygotowań jesteśmy gotowi. Naszym celem jest zdobycie najwyższego szczytu Spitsbergenu (największa wyspa archipelagu Svalbard) – Newtontoppen. Rafał, Mariusz i Łukasz z Polski decydują się dostać na Spitsbergen samolotem, co zabiera jakieś 12 godzin. Ja decyduję się na wariant tańszy, podróż promem, pociągiem, autobusem, a na koniec samolotem, mimo, że jest znacznie dłuższa i bardziej nużąca. Po trzech dniach spotykamy się w Longyearbyen stolicy Spitsbergenu.
Wyspę tą odkrył w 1596 roku Barents. Obecnie znajduje się pod protektoratem Norweskim. Mieszka tam na stałe niespełna 1300 osób. Większość to Norwedzy zamieszkujący trzy miasta: Longyearbyen, Sveagruva oraz Ny-Alesund. W Barentsburgu mieszka około 400 Rosjan, a na południu, nad fiordem Hornsund, polską bazię badawczą zamieszkuje co roku dziesięciu naszych rodaków. Większość mieszkańców wyspy to górnicy, którzy pracują w kopalniach powstałych jeszcze na początku XX wieku. Obecnie wydobycie węgla ma coraz mniejsze znaczenie dla gospodarki tego rejonu, natomiast turystka stała się na Spitsbergenie bardzo ważnym źródłem dochodów. W Longyearbyen zbudowano kilka hoteli i restauracji gdzie serwuje się doskonałe potrawy. Można także wynająć dom, jeżeli planujemy dłuższy pobyt.
Pod koniec marca i w kwietniu na Spitsbergenie panuje jeszcze zima, chociaż noc staje się coraz krótsza, a w połowie kwietnia dzień polarny obejmuje w swe władanie tę cześć świata. Dla nas są to najlepsze miesiące, aby o własnych siłach, ciągnąc cały bagaż na saniach, przemierzając doliny, zamarznięte fiordy, lodowce dotrzeć do Newtontoppen: szczytu położonego niecałe 1300 km od bieguna północnego. Jeżeli ktokolwiek chce wybrać się na wyprawę poza obręb Longyearbyen musi spełnić kilka warunków. Po pierwsze należy posiadać broń w celu obrony przed niedźwiedziami, które można spotkać niemal wszędzie. Misie to bardzo ciekawskie zwierzęta, dlatego też jeżeli zobaczą coś nowego, intrygującego je, chcą przyjrzeć się temu z bliska. Takie spotkanie z niedźwiedziem może zakończyć się bardzo nieszczęśliwie, dlatego broń może okazać się wielce przydatna do odstraszenia nazbyt ciekawskich osobników oraz do obrony przed tymi, które zachowują się agresywnie. W Longyearbyen nie mam problemu ze zdobyciem broni. Można ją wypożyczyć w kilku miejscach za około 100 NOK/dzień lub 500 NOK/tydzień. Kolejnym obowiązkiem jaki muszą spełnić osoby planujące wyprawę poza jest zgłoszenie wyprawy u gubernatora zwanego przez Norwegów Sysselmannem. To on decyduje o wydaniu pozwolenie na swobodne poruszanie się po obszarze całego Svalbardu. Osoby takie muszą także udowodnić, że są w stanie podołać temu, co zaplanowały. Pokazać sprzęt i wypełnić dokumenty opisujące dokładnie trasę wyprawy, posiadane doświadczenie oraz podać swoje dokładne dane. Absolutnie obowiązkowe jest posiadanie GPS (urządzenia podającego naszą pozycję na podstawie informacji pochodzących z satelity), radioboi (urządzenia nadającego sygnał SOS i podającego naszą pozycję w razie niebezpieczeństwa) oraz ubezpieczenia na wypadek akcji ratunkowej. W przypadku braków w ekwipunku można to uzupełnić wypożyczając lub kupując brakującą rzecz w kilku miejscowych dobrze zaopatrzonych sklepach.
Jeżeli ktoś chce uniknąć uciążliwego załatwiania wszelkich formalności, związanych z wyprawą, może wziąć udział w jednej z wypraw organizowanych przez lokalne biura turystyczne. Zimą mogą to być między innymi tradycyjne wyprawy, podczas których pod okiem doświadczonego przewodnika można przemierzać Spitsbergen ciągnąc cały bagaż samodzielnie na saniach. Przygoda taka może trwać tak długo jak sobie zażyczy klient, co oczywiście zależy od zasobności jego portfela. Natomiast jeżeli komuś nie w smak długie piesze wyprawy może skorzystać z oferty wyprawy skuterami śnieżnymi lub psim zaprzęgiem. Na noclegi można zatrzymywać się w chatach traperskich, których jest na Spitsbergenie sporo lub rozbijać własny obóz i spać w namiocie. Dla tych najzamożniejszych pozostaje jeszcze możliwość wynajęcia helikoptera lub samolotu.
Po załatwieniu wszystkich formalności dostaję z Rafałem od gubernatora zezwolenie na rozpoczęcie naszej wyprawy. Jeśli nie zgłosimy się za miesiąc, rozpoczną nasze poszukiwania.
Pakujemy sanie, sprawdzamy rakietnicę i broń, następnie kładziemy ją razem z amunicją pod ręką. Zachodzimy jeszcze do sklepu kupić paliwo do kuchenek, kilka tabliczek czekolad i innych łakoci. Każdy z nas ciągnie własne sanie, na których ma wszystko co pozwala przeżyć miesiąc na lodowej pustyni. Pierwszy nocleg zastaje nas kilkanaście kilometrów od Longyearbyen. Jest –25°C, ale w naszych śpiworach nie marzniemy zbytnio. Ja i Rafał śpimy osobno. Każdy z nas ma swój własny namiot i mimo to, że idziemy razem działamy trochę każdy na własną rękę. Wieczorem po kolacji jest trochę czasu na przejrzenie sprzętu, drobne naprawy, czy pisanie w dzienniku. Rano trzeba się ostro uwijać. Po śniadaniu szybkie pakowanie i wymarsz, aby rozgrzać nogi w lodowatych butach zanim odmrożą się palce. Przez pierwszych kilka dni często spotykamy ludzi. Większość to norwescy turyści na skuterach. Dla nich 20 km to niespełna pół godziny, dla nas to cały dzień marszu. W okolicach Longyearbyen jest kilka chat dostępnych dla turystów. Jedna z takich chat – Fredheim jest zbudowana nad brzegiem fiordu, niedaleko jednego z największych Spitsbergeńskich lodowców – Von Postbreen. Czoło tego lodowca wpadające do fiordu ma kilka pięter wysokości, a szerokości kilka kilometrów. W Fredheimie można zatrzymać się na kilka dni. Należy jednak wcześniej upewnić się u gubernatora czy w terminie przez nas wybranym chata będzie wolna, gdyż naukowcy z Norweskiego Instytutu Polarnego wykorzystują ją jako bazę, podczas prowadzonych w jej okolicach badań nad lisami polarnymi. Trzeba pamiętać także o tym, że opuszczając jakąkolwiek chatę, w której przebywaliśmy należy pozostawić ją w takim samym stanie (a nawet lepszym), jakim została zastana. Na brzegu fiordu można znaleźć dużo drewna dryftowego, a w każdej chacie jest piła i siekiera. Przygotowanie drewna na opał zabiera wprawdzie trochę czasu, ale za to kiedy napali się w piecu chata stanie się niezwykle przytulnym miejscem, prawdziwą oazą rozkoszy na lodowym pustkowiu. W Fredheimie 38 lat spędził znany norweski traper Hilmar Nøis. W drodze powrotnej, kiedy zatrzymaliśmy się w niej ponownie mieliśmy okazję spotkać prawnuczkę jego wujka – Weronikę. Obecnie na Spitsbergenie nadal spotyka się traperów, jest ich jednak już tylko kilku, a zajmują się głównie pozyskaniem puchu edredonów.
Kiedy przekraczaliśmy fiord, aby dostać się na jego północny brzeg na lodzie przy otworach oddechowych fok leżało wiele nowonarodzonych foczek. Początek kwietnia to najlepszy okres dla tych, którzy chcą zobaczy śnieżnobiałe focze maleństwa. Należy jednak wtedy zachować szczególną ostrożność, bo na nowonarodzone foki chętnie polują niedźwiedzie polarne, a spotkanie z nimi nie zawsze należy do przyjemności. My mieliśmy szczęście. Samiec, którego spotkaliśmy na fiordzie okazał się mało zainteresowany naszymi osobami. Widać nasze czerwone ubrania wyglądały mało apetycznie tym bardziej, że fok było pod dostatkiem.
Po drugiej stronie fiordu spotkania z ludźmi należą już do rzadkości. Chcąc iść dalej na północ w kierunku Newtontoppen, trzeba wspiąć się na płaskowyż lodowy, a to już nie przelewki. Trzeba tu uważać na szczeliny, huraganowe wiatry, white out (białe ciemności, podczas których otacza nas tak gęsta mgła, że nie widać kompletnie nic). Także temperatura tutaj jest znacznie niższa niż w okolicach fiordów. Wynosi około –35°C, ale czasem potrafi spaść nawet poniżej –50°C. Jeśli nie mamy doświadczenia w takim terenie, lepiej nie zapuszczać się tam bez przewodnika. Krajobraz na płaskowyżu jest bardzo monotonny – wszędzie niebieski lód, wystające ponad lodowiec szczyty i żadnych zwierząt. Newtontoppen, kiedy się do niego podejdzie, wygląda bardzo niepozornie. Niewiele większy od przeciętnych górek w naszych Beskidach. Na szczyt można wejść nawet na nartach pod warunkiem jednak, że przyklejone są do nich foki (specjalny materiał, który powoduje, że narty nie cofają się). Widok ze szczytu zapiera dech w piersiach. Rozciąga się na kilkadziesiąt kilometrów, widać nawet oddalone o 80 km na południe opuszczone rosyjskie miasto Piramiden. Kiedyś tam wydobywano węgiel, obecnie zieje pustką, a jedynymi mieszkańcami są arktyczne ptaki, renifery, lisy i niedźwiedzie.
Pogoda była piękna, ale mimo to na szczycie spędziliśmy tylko chwilę. Nigdy nie wiadomo, czy za kilka minut nie zerwie się huraganowy wiatr, a wtedy lepiej być w namiocie niż na najwyższym szczycie. W drodze powrotnej do Longyearbyen nieopacznie zapuściliśmy się na lodowiec tak zaszczeliniony, że niemal za każdym razem, kiedy wbijaliśmy kijek w śnieg nie znajdował on oparcia, zagłębiając się w lodowej otchłani. W takim wypadku należy pamiętać, aby nie ściągać nart. Na nartach ciężar ciała jest rozłożony równomiernie na większej powierzchni i dlatego wątłe mosty nawianego śniegu są w stanie utrzymać podróżnika nad ziejącymi pustką szczelinami.
Przyroda na pierwszy i drugi dzień świąt wielkanocnych przygotowała dla nas niespodziankę. Wiatr wiejący z prędkością przeszło ponad 120 km na godzinę unieruchomił nas w namiotach. Na szczęście sprzęt jakim dysponowaliśmy był niezwykle wytrzymały. Jedyne, co było dla nas niezwykle uciążliwe podczas huraganu to doskwierająca nuda. Dwa dni bez ruchu jest niezwykle wyczerpujące. Dlatego też, mimo jeszcze silnego wiatru, zdecydowaliśmy się po dwóch dniach bezruchu iść dalej. Po kilkunastu godzinach zeszliśmy w dolinę, opuszczając płaskowyż. Tam od razu przywitało nas słońce, a temperatura wzrosła do –15°C. Kiedy dotarliśmy do fiordu, okazało się, że rozmarzł i jedynie wąski pasek lodu wokół brzegu nadaje się do tego, aby po nim przejść. Wiosnę widać było już wszędzie, setki tysięcy ptaków wyszukiwało miejsca na gniazda na klifach wokół fiordu. Lisy polarne przechadzały się u podnóża klifów wyszukując martwych lub rannych ptaków. Foki wylegiwały się na pozostałościach kry pływającej na wolnych od lodu wodach fiordu. Kiedy zbliżaliśmy się do Longyearbyen było już bardzo ciepło. Lód zaczynał topnieć, a sanie ciągnęło się już niemal po kamieniach. Po mieście przechadzały się stada reniferów, podjadając odkryte przez topniejący śnieg rośliny.
Po powrocie zameldowaliśmy się u gubernatora, aby oddać kartę rejestracyjną potwierdzającą nasz powrót i dokumentującą trasę naszej wyprawy. Do powrotu do Polski mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy zwiedzić jeszcze jaskinię lodową, która znajduje się w lodowcu Longyearbreen, usytuowanym kilka kilometrów od centrum miasta. Można tę jaskinię zwiedzać samemu (ale do tego trzeba posiadać swój własny sprzęt) lub ze zorganizowaną grupą prowadzoną przez przewodnika z jednego z miejscowych biur turystycznych. Morena czołowa, jak i zbocza gór w okolicach lodowca obfitują w skamieliny. Warto więc wybrać się tutaj na kilka godzin na ich poszukiwanie, a z pewnością nasz trud zaowocuje wspaniałymi okazami prehistorycznej fauny i flory.
W Longyearbyen znajduje się uniwersytet (The University Courses on Svalbard – UNIS), na którym można studiować przedmioty polarne. Wykłada się tu biologię, geofizykę, geologię i technologię arktyczną. Co roku studia rozpoczyna tu około 350 osób z całego świata. Od kilku lat wśród nich są także polscy studenci. Podczas naszego pobytu na Spitsbergenie spotkaliśmy studiujących na UNIS-e studentów z Uniwersytetu Gdańskiego: Kubę Dopierałę i Martę Ślubowską.
Warunki, jakie studentom oferuje UNIS mogą być dla nas Polaków szokujące. Każdy student otrzymuje na terenie uczelni do swojej dyspozycji pokój, w którym może samodzielnie pracować. Własny komputer oraz klucze, które umożliwiają przebywanie na terenie budynku uczelni o każdej porze. Spora część zajęć odbywa się w terenie. Wtedy to studenci odbywają wyprawy statkiem, helikopterem lub skuterami. Zwiedzają nie tylko teren Spitsbergenu, ale także pozostałe wyspy archipelagu Svalbard, a nawet Grenlandię. Standard akademików jest lepszy niż większości polskich hoteli. Każdy student ma własny jednoosobowy pokój. Łazienka przypada na dwa pokoje, a kuchnia, wyposażona w lodówkę, zmywarkę, mikrofalówkę dzielona jest przez pięć osób. Codziennie rano, kiedy studenci są na zajęciach ich pokoje sprzątane są przez personel akademika.
Semestr kosztuje 350 NOK, również wpisowe wynosi 350 NOK. Za akademik płaci się 1900 NOK za miesiąc. Miesięcznie na wyżywienie trzeba przeznaczyć średnio około 6000 NOK. Pobyt na Spitsbergenie nie jest więc tani, ale jeśli kogoś stać, studia na UNIS-ie mogą być cennym doświadczeniem i niezwykłą przygodą.
My wybraliśmy koniec zimy na zwiedzanie wyspy, ale lato jest równie niezwykłe. Bogactwo przyrody jest wręcz oszamiałające. Kwitną przepiękne kwiaty, renifery pasą się wszędzie nie przejawiając oznak strachu przed człowiekiem, a kolonie ptaków liczą setki tysięcy osobników. Biura turystyczne oferują wyprawy statkami i kajakami do najodleglejszych zakątków Spitsbergenu. Jeśli chcemy zobaczyć jak wygląda Arktyka, warto wybrać się na Spitsbergen. Tam można w zależności od chęci i zasobności portfela wybrać sposób zwiedzania, a poza tym dojazd na Spitsbergen jest dość łatwy i przy wybraniu odpowiednich wariantów całkiem niedrogi.
Na Spitsbergen dostać się można samolotem z Gdańska przez Kopenhagę, Oslo, Tromso. Cena biletu wynosi około 850 USD w obie strony. Szczegółowych informacje na temat rozkładu lotów oraz rezerwacji biletów można uzyskać w SAS (www.flysas.com), firmie Naviga (tel.: 058 627 41 23) oraz biurze podróży mieszczącym się w Longyearbyen (tel.: 0047 79 02 16 50). Tańszą formą dotarcia na wyspę jest podróż samochodem. W tym celu najlepiej wybrać się promem z Gdańska do Nynäshamn (www.polferries.pl) a stamtąd trasą E4 a potem E10 do Tromso. Z Tromso samolotem już bezpośrednio do Longyearbyen (bilety od 700 NOK w jedną stronę). Z Nyneshamn można także dostać się za 60 SEK kolejką do Sztokholmu skąd o 17:00 i 20:30 odjeżdża pociąg do Narwiku (www.tagkompaniet.se). Z Narwiku autobusem dostaniemy się do Tromso (350 NOK – www.cominor.no).
Wprawdzie na terenie całego Spitsbergenu można biwakować wszędzie gdzie chcemy, ale ze względu na nasze bezpieczeństwo (niedźwiedzie), będąc w Longyearbyen lepiej namiot postawić na kempingu (www.eccotravel.com). Za dzień zapłacimy 50–70 NOK od osoby (tel.: 0047 79 02 14 44/ 79 02 10 68). Nocleg w hotelu jest odpowiednio droższy. Za jedną osobę zapłacimy co najmniej 275 NOK w "Mary-Ann Riggen" (tel.: 0047 79 02 37 02) lub 350 NOK w "102-Hundreogto" (tel.: 0047 79 02 10 35). Ceny w pozostałych hotelach są znacznie wyższe.
100 NOK to około 50 PLN. Ceny żywności na Spitsbergenie są nieco wyższe niż w pozostałej części Norwegii, która i tak jest stosunkowo drogim krajem. Wynika to z tego, że wszystko na wyspę trzeba dowieźć samolotami. Chleb kosztuje około 17 NOK, kilogram mięsa 150–250 NOK, posiłek w restauracji to wydatek kilkuset koron. Paliwo jest jednak bardzo tanie. Za litr zapłacimy około 3 NOK. Ceny pozostałych produktów są często znacznie niższe nawet niż w Polsce. Wynika to z tego, że obszar Spitsbergenu to strefa wolnocłowa, a i VAT jest tu mniejszy niż u nas.
Wybierając się na Spitsbergen warto zaopatrzyć się w Polsce w ubezpieczenie obejmujące akcję ratowniczą z użyciem helikoptera w firmie, która uznawana jest przez Norwegów. W przeciwnym razie będziemy zmuszeni chcąc wyjść poza obręb Longyearbyen wykupić polisę u gubernatora, która wynosi około 8000 NOK. Ubezpieczenie takie można uzyskać w Ubezpieczeniach Europejskich (www.europejskie.com.pl), Hestii (www.hestia.pl) lub Warcie (www.warta.pl).